[wspomnień czar] Landrynkowe Walentynki!

W zeszłym tygodniu pisałam Wam o „wspomnieniach tłustego czwartku”. Dziś kontynuuję temat 🙂 Wspomnienia walentynek – idealny temat na środek wakacji! Idealny też na 0.5 rocznicę walentynek – dokładnie pół roku temu, dokładnie za pół roku… 14 lutego…

Czy tylko mnie absolutnie odrzuca na myśl, że znowu będzie luty i znowu będziemy musieli sobie sztucznie słodzić na każdym kroku? Ok, zostało pół roku. Tylko co z tego?! Przecież czas leci jak szalony! A ja po prostu nienawidzę walentynek. Czuję, że jest to tak sztuczne, jak to tylko jest możliwe i uniwersalne przesadzanie z tym tematem potrafi skutkować wręcz wstrętem do miłości jako takiej. Wszelkiej maści sprzedawcy bardziej wariują chyba tylko przed Bożym Narodzeniem, kiedy już w październiku sklepy są zawalone tymi wszystkimi Mikołajami, reniferami, choinkami oraz całym innym badziewiem z tym związanym. Już więcej umiaru mają przy okazji Wielkanocy. Jeśli będę chciał narzeczonej zrobić Walentynki jutro, to jej zrobię. Czasami mnie nachodzi i ma Walentynki w drugą środę mają czy trzeci poniedziałek listopada. Ale żeby mnie ktoś przymuszał do jakichś romantycznych uniesień akurat tego dnia?  Po moim trupie!

W ogóle żal mi jest kobiet, które traktują Walentynki jako okazję do dowartościowania się, bo im faceci za mało uwagi na co dzień poświęcają. Szczególnie żałosne jest to ostatnio, kiedy do kin wszedł film porno dla ubogich o 50 twarzach Greya, czy jak mu tam. Założę się, że większość panienek po obejrzeniu tego filmu będzie się czuła w swoim związku jeszcze gorzej, a facetowi tylko narąbią w głowie jakiejś sieczki i jeszcze pójdzie do sexshopu po pejcz. Śmiech przez łzy.

Kino w tym czasie to w ogóle paranoja. Pomijam już babskie filmy porno, bo to patologia, ale te wszystkie komedie romantyczne też są trudne do wytrzymania. Naprawdę. Jako facet, ogólnie ich nie lubię i jedynie czasami najdzie mnie na tego rodzaju film ochota. Szansa na to, żeby akurat ten kaprys mi się nałożył z konkretnym dniem w lutym, jest raczej malutka.

Gdyby to tylko ograniczało się do kina, pewnie bym przeżył. Niestety, nawet komórki nie można otworzyć, bo operator po raz kolejny przygotował specjalną, wręcz cudowną propozycję na kosmetyki. Zapłacę za nie pół ceny, jeśli tylko pójdę do sklepu, pomacham telefonem i wywrzeszczę „Walentynki!”. Już to widzę…

Zresztą najbardziej w tym wszystkim odrzuca mnie cała infantylność otoczenia Walentynek. Dorosły facet nie boi się misia z serduszkiem i czasami zwyczajnie lubi dać kwiaty. Gdyby tak to wyglądało, nie miałbym pretensji. W praktyce mamy jednak miliony takich samym misiów, wiązanki kwiatów przygotowane z rozdawnika do przekazywania „swojej jedynej” i tak dalej. Zresztą kobiety to przecież też nie są bezmózgie yeti, które na widok bombonierki w kształcie serca po prostu tracą głowę. Nie róbmy z siebie nawzajem idiotów.

Nie jesteśmy też istotami bez gustu. Mężczyźni rozróżniają trochę więcej kolorów, niż fajny… Rozróżniają też ich połączenia, szczególnie jeśli wszędzie dookoła mamy różowe misie z czerwonymi serduszkami, a do tego jeszcze jakieś bordowe kokardki i pastelowe kapelusiki. Naprawdę robi się niedobrze, a jak jeszcze dodamy do tego skalę napaści na nasz zmysł estetyczny, człowiekowi chce się krzyczeć. Nie chodzi nawet przecież tylko o nasze oczy. W samochodzie słucham radia i co? Walentynkowy repertuar. Włączę telewizor i co? Walentynkowe reklamy. Internet tak samo zawalony tym syfem. Już nawet nie chce mi się  wspominać przy okazji Internetu o wszystkich łańcuszkach typu „wyślij do 10 osób to znajdziesz miłość”, które przeżywają renesans w czasie tego pseudo święta. Przynajmniej dzięki nim zmniejsza mi się ilość głupich znajomych na Facebooku.

Już na koniec powiem tyle, że strasznie nie lubię być sterowany z góry przez mechanizmy mówiące mi, kiedy mam być zakochany, jak mam to robić i w jaki sposób wyrażać. Teraz ja będę infantylny: w moim związku czuję się tak, jakbym codziennie miał Walentynki, bo kiedy wychodzę z pracy i idę w kierunku domu, gdzie czeka na mnie Madzia z obiadem, momentalnie mija mi zmęczenie i zastanawiam się  tylko, co będę mógł dla niej zrobić, by poczuła się szczęśliwa. I wierzcie mi, w żadnym razie nie przyjdzie mi do głowy uszczęśliwianie jej według schematu oferowanego mi przez media na Walentynki.

ps. na blogu pojawił się nowy dział „uczucia” – jako że całkiem sporo o nich ostatnio piszę, myślę że się sprawdzi 🙂