Jakie są granice inwigilacji własnego dziecka?

Jeśli liczycie tutaj na jakieś konkretne odpowiedzi, to się bardzo zawiedziecie, bo ja ich po prostu nie mam. Ostatnio ten problem stał się w mojej rodzinie bardzo poważny i zastanawiam się, jak prawidłowo do niego podejść. Jestem za, a nawet przeciw. Pasują mi niektóre metody, ale źle się z nimi mimo wszystko czuję. Chcę być z dziećmi otwarta, chcę działać na poziomie partnerskim, ale wiem, że dzieci potrzebują rodzica, a nie psiapsiółki…

Zacznę może od tego, że cała afera wzięła się od tego, że znalazłam na telefonie mojego dwunastoletniego Marka pornografię. Nie byłoby w tym jeszcze nic takiego strasznego, bo dzieci w normalny sposób w tym wieku zaczynają się interesować tym i tamtym. Ich zainteresowanie jest też głównie teoretyczne. Przynajmniej na razie Marek jeszcze obraca się głównie w towarzystwie kolegów, nie koleżanek. Jestem spokojna i nie boje się, że zacznie się bawić w jakieś „słoneczka”.

Sęk w tym, że była to dość nieprzyjemna pornografia, która dzieciakowi może w głowie namieszać, a do tego jak już to znalazł, nie omieszkał pochwalić się znaleziskiem swojej dwa lata młodszej siostrze, Krysi. To właśnie z protestów Krysi po otrzymaniu wiadomości z załącznikiem dowiedziałam się, że coś jest nie tak. Oczywiście zupełnym przypadkiem, bo nie przyszła z tym do mnie, ale darła się po Marku, ten się śmiał, a ja się zainteresowała.

Pytanie teraz, w jaki sposób odciąć dzieciakom dostęp do takich treści? Mechanizmów kontroli rodzicielskiej jest naprawdę dużo, ale są potężnie zróżnicowane i do tego nie wszystkie są w porządku. Na przykład usługi sieci komórkowych i specjalne programy do tzw. lokalizowania telefonu (na tej stronie znajdziecie dużo programów dla Waszych pociech) uruchamiane w tle na telefonie dziecka, dzięki którym w każdej chwili można poznać jego lub jej pozycję. Przez moment miałam to zainstalowane, ale źle się z tym czułam. Za każdym razem, kiedy sprawdzałam ich pozycje i byli tam, gdzie mówili, że są, miałam straszne wyrzuty sumienia i czułam się jak najgorsza matka świata. Nie to jednak było największym problemem.

Ufam ogólnie dzieciom, że nie pójdą tam, gdzie nie powinny być, ale chciałabym ukrócić w możliwie daleko idącym stopniu (dobrze wiem, że w 100% nigdy się nie uda) dostęp do twardej pornografii. Rozwiązania ogólnie mogą tutaj być dwa. Pierwsze podejście to blokowanie treści i one stwarza mniej problemów. Po prostu instaluję programy, które filtrują strony z pornografią i już. W ten sposób nie muszę nikogo inwigilować tak naprawdę i mogę czuć się z tym dobrze. No nie do końca właśnie, bo młodzi zawsze znajdą sposób. Chociaż znam się trochę na komputerach, to nie mam wątpliwości, że Marek na pewno da sobie radę z pokonaniem, przynajmniej w jakimś stopniu, wszystkich zabezpieczeń, jakie na niego nałożę.

Druga opcja jest dużo bardziej skuteczna, ponieważ w największym uproszczeniu polega na tym, by logować wszystko, co dzieci robią na swoich telefonach i komputerach. Nie zablokuje im to dostępu do niepożądanych treści w znaczeniu dosłownym, ponieważ jeśli będą chcieć się do nich dostać, nic nie będzie stało na przeszkodzie. Pojawi się jednak nieuchronnie topór nad ich głowami, bo jak sobie siądę do logów i zacznę je przeglądać, bardzo szybko dowiem się, że zrobili coś nie tak. Tutaj też jednak jest problem, bo samo zapisywanie historii przeglądania nie wystarcza. Trzeba zapisywać po prostu wszystko, także wszystkie informacje wysyłane przez nich do innych osób. Musiałabym po prostu stać się wielkim bratem, a właściwie wielką siostrą. Znalezienie nieodpowiednich treści wymagałoby ode mnie przecież po prostu przeszukania całości aktywności dziecka na telefonie. Pomijam już fakt, jak wielka ilość danych by to była.

Nie wiem, czy są rodzice, dla których coś takiego nie łączy się z poczuciem zupełnego deptania prywatności i indywidualności dziecka. Dla mnie to na dzisiaj jest nie do pomyślenia, ale nie wiem, jak zachowam się, jeśli kiedyś znajdę jeszcze coś w tym stylu, co znalazłam poprzednio. Na dzisiaj nie chcę nikogo specjalnie osądzać, bo sama nie wiem, jak się sprawa potoczy. Na pewno nie mogę zostawić spraw ich własnemu biegowi.

Analiza bitew dnia powszedniego

O domowych kłótniach piszą zazwyczaj kobiety. Warto poczytać, co mają do powiedzenia, bo w końcu to z nimi przyjdzie nam dzielić domowe ognisko. Nic jednak nas tak nie nauczy, jak samo życie, czyli emipria. W moim przypadku dwa pierwsze lata małżeństwa z charakterem bardzo emocjonalnym, który w dodatku trochę tak jak i wasz autor miał i cały czas ma zapędy autorytarne.
Na pewno dobrym pomysłem nie jest całkowite unikanie kłótni. Są one rzeczą naturalną, kiedy w grę wchodzą emocje i różnica zdań wynikająca z innego postrzegania świata czy z inaczej ustawionych priorytetów. Kiedy jest jakiś problem, trzeba zająć się jego rozwiązywaniem natychmiast, ponieważ pozostawianie tematy nierozwiązanego powoduje, że szybko zaczyna on żyć własnym życiem, a my zamiast na faktach i realnych opiniach operujemy na domysłach dotyczących powyższych. Im dłużej problemy są przemilczane, tym gorszy wynik próby ich rozwiązania w późniejszym czasie.

Tutaj potrzebna jest mała dygresja. Mężczyźni powinni bowiem wiedzieć, że kobiety robią afery o małe, zupełnie nic nie znaczące rzeczy zwłaszcza wtedy, kiedy gryzie je coś znacznie większego i po prostu nie chcą tak z niczego wypalić, że uważają nas za nieudaczników bez perspektyw. Ok, jak czytam niektórych to wiedzą, inni (wybacz Logi – masz bardzo fajny styl ale Twoje stwierdzenia czasami wywracają mnie na miejscu) – mają absolutnie odmienne od mojego podejście. Niezależnie od tego co myślicie, nie należy wychodzić z założenia, ze ma się histeryczkę za żonę tylko dlatego, że zrobiła karczemną awanturę za rzucone gdzieś skarpetki. Pewnie chodzi jej o coś ważniejszego.

Panie z kolei powinny wreszcie sobie uświadomić, że foch nie rozwiązuje niczego. Facet naprawdę się nie domyśli, o co tak właściwie chodzi i całą akcje z oczekiwaniem na jego domyślenie się potraktuje jako złośliwość. Mężczyźni to proste istoty, które operują na prostych komunikatach. Można im po prostu powiedzieć, co się myśli bez zabawy w żadne gierki. Efekt będzie znacznie lepszy.
Sama rozmowa, czy nawet kłótnia, ma na celu zakomunikowanie realnych problemów. Nie ma się co oszukiwać, że jeśli istnieje realny problem, samo jego ogadanie okaże się panaceum na całe zło tego świata. Zazwyczaj jest to dopiero pierwszy krok do poszukiwania rozwiązania, chociaż nie raz udaje się w trakcie rozmowy rozwiać nieporozumienia, bardzo częstą przyczynę bezowocnych kłótni.

Żeby utorować sobie drogę do rozwiązań, kłócić się należy rzeczowo. W praktyce oznacza to przede wszystkim unikanie języka agresji. Sarkazm i ironią brzmią fajnie, kiedy ogląda się je na ekranie telewizora w wykonaniu dr House’a. W każdym innym wydaniu jest to obraźliwe dla naszego rozmówcy, powoduje w nim chęć do podnoszenia poziomu agresji i odgryzienia się  czymś równie nieprzyjemnym. Często można skupić się na samej ironii i zapomnieć, o co w całej kłótni chodziło.

Podobny problem to przekleństwa i obelgi. Ich użycie nie prowadzi do niczego konstruktywnego, a pamięć o nich ciąży. Kobiety powinny wiedzieć, że na mężczyznach nawet bardziej, niż na nich samych. Można sobie w ten sposób zatruć życie na długi czas, nawet jeśli sam problem podstawowy zostanie rozwiązany.

W kłótni należy patrzeć na swojego partnera i jego reakcje, ale jeśli nie będzie się brało pod uwagę swoich własnych uczuć, będzie to w nas buzowało i po jakiś czasie wybuchnie. Leży ci coś na wątrobie? Powiedz jej/jemu o tym. Byle spokojnie. Może z tego wyniknąć kłótnia na całego, ale wtedy wciskanie pauzę, uspokajacie się i dopiero wracacie do tematu.

Osobiście największy problem w kłótni mam ze słowem „przepraszam”. W męskim gronie żartujemy sobie często, że jest to ostateczny sposób na zakończenie kłótni niezależnie od tego, kto miał rację. W praktyce jednak jest to słowo, które pozwala w bardzo szybki sposób rozładować złe emocje nagromadzone w czasie kłótni. Jest to wyjątkowo skuteczne nawet wtedy, kiedy samemu nie ma się pełnego przekonania, że to słowo powinno paść z naszych ust. Nawet jeśli sytuacja nie jest jeszcze rozładowana, przeproszenie się za zbyt daleko idące oskarżenia lub za zbyt ciężkie słowa bardzo skutecznie otwiera pole do prowadzenia dalszej dyskusji.

Czas się zakochać

Wszyscy dookoła ciebie zakochują się i odkochują? Ty znowu zostajesz w tyle? Dlaczego? Tak naprawdę jest to tylko twój wybór, chociaż dróg do zakochania się jest bardzo wiele i działają one różnie na różne osoby. Sama wypróbowałam je wszystkie. Nie, nie chodzi mi tutaj o kochanie się w sensie fizycznym, bo aż tak się nie puszczam, żeby mieć „wszystkie” metody wypróbowane. Żyję po prostu na tym świecie dostatecznie długo, wyrozumieć, co się ze mną dzieje. Żyję świadomie. W miłości także.

Bo miłość wcale nie jest taka skomplikowana. Pierwsza miłość każdej z nas prawdopodobnie była taka sama. Pierwszy chłopak, ten piękny, nastoletni. Albo po prostu chłopak, który akurat był pod ręką i kiedy zaczynałyśmy zakochiwać się w nim stawał się dla nas piękny. Bo to jest właśnie pierwsza wersja miłości – czysta erotyka. Nasz pierwszy partner był po prostu mężczyzną. Tylko nim i aż nim. Miał określone cechy i następował wtedy imprint erotyczny. Co to takiego? Przypomnijcie sobie swoich przeszłych partnerów. Wszyscy byli dość podobni, prawda? Przynajmniej pod względem jednej podobnej cechy. Dla mnie to były brązowe oczy, chociaż zorientowałam się w tym dopiero, kiedy już wiedziałam czym jest imprint i zaczęłam szukać jego manifestacji.

Mechanizmy wpisywania się określonych wzorców w nasz mózg wcale nie są ograniczone tylko do fizyczności, chociaż w drugim ujęciu, aspekcie imprintu rodzica, także trochę fizyczności istnieje. Psychologowie zwalają zwykle wszystko na problemy w relacjach z matką, a dla nas, dla kobiet, gigantyczne znaczenie dla życia rodzinnego w przyszłości mają zawsze relacje z ojcem. Są dwa ekstrema: córeczka tatusia i ojciec oddalony. W pierwszym wypadku kobieta jest niezależna i silna, szuka mężczyzny, który będzie się o nią starał, będzie ja adorował. W drugim przypadku, kiedy ojciec był nieobecny ciałem i/lub duchem, efektem będzie poszukiwanie równie oddalonego partnera. W takim wypadku prawdopodobnie będziesz często zakochiwała się na „to skomplikowane”.

Najczęściej zakochują się kobiety, którym czegoś brakuje, coś im doskwiera. Nie są to wcale kobiety puszczalskie, ale po prostu wybrakowane emocjonalnie. Taki typowy przykład baby lecącej na starszego faceta z pieniędzmi może być dużo bardziej złożony. Jeśli twoja przyjaciółka szuka sobie starszych facetów i robi to z dość dużą regularnością (i nietrwałością), prawdopodobnie brakuje w jej życiu ciepła. Miłość nie tylko jest tutaj wartością samą w sobie, ale także sposobem na zrekompensowanie sobie czegoś innego. Ja nigdy nie musiałam mieć faceta, by czuć się dobrze, ale wiele z nas właśnie taka potrzebę posiada. Taka miłość oczywiście nie jest trwała, bo kiedy kobieta zaspokoi swoją potrzebę, samiec nie będzie już więcej potrzebny i poszuka sobie nowego, atrakcyjniejszego. Brutalne? Brutalne.

Inna zabawa to też zegar biologiczny. Ile z nas jeszcze do niedawna było wesołymi singielkami? A teraz tyknął porządnie zegar biologiczny, 30 urodziny były już dawno, więc trzeba było się wziąć za rodzinę. Tak po prostu. Jakoś na ten temat nie chce mi się za bardzo rozwodzić.

Więcej napiszę o mojej podstawowej opcji miłości, którą w retrospektywie stosowałam najczęściej. Chodzi o miłość udawaną, taką na próbę. Zaczynacie się umawiać, „kochacie się”, ale wszystko dopiero powoli się rozwija, bo na początku na pewno się nie kochacie. Lubimy się, fajnie spędza się ze sobą czas, potem seks też często jest fajny, ale właściwie jakiegoś większego uczucia nie ma. I nie ma znaczenia, czy mówicie sobie, że się kochacie czy nie. Czy to jest oszustwo? Długo się nad tym zastanawiałam, bo realnie mam problem z udzieleniem odpowiedzi na tak postawione pytanie. Wydaje mi się jednak, że nie jest to oszustwo, ponieważ z moim mężem właśnie zaczynaliśmy od czegoś takiego. Na początku po prostu łatwiej nam się żyło jako parze, a potem nie byliśmy już w stanie wyobrazić sobie innego życia. Nie tylko po prostu jako singla, ale jako osoby żyjącej bez swojej drugiej połówki. Teraz wręcz wydaje mi się, że taki rodzaj miłości jest zdecydowanie najprawdziwszy, bo nie pojawił się z kaprysu czy oczekiwań wyniesionych z domu.

Potęga uśmiechu

Dzisiaj trzeba być twardą osobą. Bezwzględny twardziel, który nigdy się nie uśmiecha i zawsze ma zaciśnięte w złości żeby? O tak! A można pójść też drugą stronę, czyli w mięciutkie, ciepłe kluchy, które zazwyczaj są smutne lub w ogóle zapłakane. Czy takie coś pasuje w dzisiejszej kulturze? Jak najbardziej. Teraz jeszcze pojawiają się inne, nawet bardzo dziwne metody na kroczenie przez życie. Uderza mnie w nich to, że wszystkie one są pozbawione uśmiechu. Ba, większość z nich traktuje go wręcz alergicznie i nie chce mieć z nim nic do czynienia. No, może akceptuje go w postaci śmiechu będącego odpowiedzią na dobry dowcip, ale iść z uśmiechem przez życie, dosłownie – z uśmiechem na twarzy? To raczej dzisiaj nie przechodzi. Ja postanowiłam być tutaj wyjątkiem i idzie mi naprawdę bardzo dobrze.

Tak po prostu się uśmiechasz? Tak, tak po prostu się uśmiecham! Bardzo często spotykam się nawet z bardzo negatywnymi reakcjami typu „czego się cieszysz”, ale niespecjalnie zbija mnie to z tropu. Wychodzę po prostu z założenia, że uśmiech ma znacznie transcendentalne, które manifestuje się dla mnie tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Czy moja koncepcja jest bardzo skomplikowana? Raczej nie.

Uśmiech wewnętrzny. Ktoś mi może zarzucić, że mój uśmiech jest nieszczery, ale co w zasadzie ma być nieszczerego w moim uśmiechu? Jest to dla mnie wręcz odruch, dzięki któremu jestem w stanie cały czas wrzucać samego siebie na pozytywne tory. Uśmiecham się także wtedy, kiedy źle się czuję lub po prostu nie mam ochoty się śmieć, nie cieszę się. Właśnie wtedy ludzie zarzucają mi brak szczerości, tylko niech mi powiedzą, w czym miałoby mi pomóc chodzenie z nosem zawieszonym na kwintę?

Już dawno odkryłam, że jeśli człowiek się uśmiecha sam do siebie, zaraża samą siebie pozytywną energią. Może to brzmieć niezbyt sensownie dla osób, które nigdy tego nie próbowały, ale tak naprawdę jest. Po pewnym czasie takiego uśmiechania się po prostu zły nastrój mija i nie ma z nim już więcej żadnych problemów. Znacznie ważniejsze jest jednak to, co dzięki uśmiechowi można zdziałać w relacjach międzyludzkich.

Uśmiech zewnętrzny. W przypadku większości gatunków zwierząt pokazywanie zębów jest wielkim sygnałem agresji. Jest to ostrzeżenie, pokazanie, że mam czym zaatakować. Nie za dobrze jest się uśmiechać szeroko do psów, które są wystraszone lub po prostu za bardzo nas nie znają. W przypadku ludzi jest zupełnie inaczej. Dla nas uniesione kąciki ust i koniecznie uniesione także lekko mięśnie twarzy z okolic kości policzkowych, oznaczają jednoznacznie zadowolenie i pozytywne nastawienie do drugiego człowieka. Są one symbolem braku agresji, kordialności i naszego luzu w relacjach międzyludzkich.

Rozpoczęcie rozmowy z uśmiechem dobrze nastraja do nas ludzi. Jest to wręcz mała, niewinna manipulacja. Pomaga zwłaszcza z osobami zagniewanymi, a w przypadku tych z neutralnym nastawieniem, potrafi naprawdę sprawić, że kontakt będzie bardzo przyjemny i bezstresowy. Polecam takie podejście zwłaszcza osobom, które muszą pracować często z ludźmi, na przykład sprzedawcom.

Znaj umiar. Oczywiście we wszystkim należy musi być umiar i nie należy się szeroko uśmiechać na pogrzebie lub w sytuacji, kiedy ktoś dzieli się z nami jakimś zmartwieniem. Uśmiechu nie należy wyłączać, ale jeśli go odpowiednio stonujemy, będzie pasował do sytuacji i będzie poprawiał jej wygląd. Warto przez jakiś czas spróbować techniki uśmiechu. To nic nie kosztuje, a przez życie idzie się znacznie przyjemniej.