Czy mały pokój musi być składowiskiem gratów?

Gdy wspominam entuzjazm, z jakim przygotowałam się do urządzania mojego mieszkania, muszę się zaśmiać, choć nie będę Was oszukiwać – śmiech jest nieco ironiczny. Moje wizje tego, jak będzie wyglądał salon zachwyciłyby pewnie każdego projektanta wnętrz, a najbliżsi znajomi, z którymi od samego początku dość chętnie się nimi dzieliłam, od samego początku spoglądali na mnie z pewnymi obawami. Z pewnością zastanawiali się nad tym, który z nich powinien mi powiedzieć jako pierwszy, że mój wymarzony salon ma szesnaście metrów kwadratowych, a więc nieco zbyt mało miejsca, jeśli zależy mi na realizacji każdego z moich odważnych planów. Jeśli mam być zresztą szczera to muszę przyznać, że mi samej dość mocno zrzedła mina, gdy sobie to uświadomiłam. Mimo wszystko, mój salon nie przypomina graciarni, można spokojnie się po nim przespacerować, a do tego nie ma się wrażenia, że spaceruje się po antykwariacie (przeglądając blogi modowe, nie ja jedna mam taki problem i nie ja jedna sobie z nim poradziłam :)). Jak mi się to udało? Oczywiście, nie wymyślałam wszystkiego sama. Znacznie bardziej opłacalne wydawało mi się skorzystanie z kilku dość często pojawiających się rad.

Rada pierwsza – mały pokój nie jest miejscem, na rzeczy niepotrzebne. Podobno najlepiej czujemy się w towarzystwie przedmiotów, których obecność budzi nam przyjemność. Mogą być to rozwiązania, które nam się spodobały, mogą być to jednak również rzeczy, których wartość sentymentalna przewyższa wartość nominalną. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku należy jednak dbać o to, aby nie odpychały swoim wyglądem i przeznaczeniem. Jeśli pokój jest wypełniony przez przedmioty, których nie lubimy, najprawdopodobniej nigdy nie polubimy też samego pomieszczenia, w którym dane przedmioty się znajdują. Owszem, możemy sobie tłumaczyć, że są one funkcjonalne i na swój sposób urokliwe, próżny jest jednak nasz trud – nie mamy szans na harmonię z tym, co budzi naszą niechęć. Lepiej więc takich rozwiązań po prostu unikać.

Rada druga – jeden mebel, a wiele funkcji. Meble wielofunkcyjne to żadna nowość. Wystarczy przypomnieć sobie meblościanki, które zdobiły niegdyś mieszkania naszych rodziców i krewnych. Oczywiście, meblościanka nie jest może najtrafniejszym porównaniem, funkcjonalność bardzo często nie szła bowiem w parze z atrakcyjnym wyglądem. Na szczęście, teraz problem jest znacznie mniej dotkliwy, producenci mebli wielofunkcyjnych nie zapominają bowiem, że powinny być one ozdobą. Jeśli więc pokój jest niewielki, warto pomyśleć o łóżku z wydzieloną przestrzenią na pościel, rozkładanym stole oraz o lampie, której wysokość można modyfikować w zależności od naszych aktualnych potrzeb.

Rada trzecia – ostrożnie z dodatkami. Chyba najboleśniej zniosłam świadomość tego, że w niewielkim salonie nie ma zbyt wiele miejsca na dodatki. Na szczęście, szybko zorientowałam się, że ich nadmiar wcale nie sprawia, że salon zyskuje niepowtarzalny charakter, ale przyczynia się do tego, że zaczyna przypominać jakieś ponure składowisko gratów. Rezygnacja z niektórych ozdób wymagała ode mnie pewnej determinacji, niejako w zastępstwie odkryłam jednak, że niektóre dodatki mogą być wyjątkowo funkcjonalne. Najbardziej klasycznym rozwiązaniem wydają się w tym kontekście kolorowe kartony, które ciekawie się prezentują, a jednocześnie mogą zrekompensować nam brak większej liczby szuflad, ale rozwiązań takich jest znacznie więcej.

Książki nowe czy używane

Słowem wstępu – u mnie jest „rok studencki” ale gro moich znajomych przeżywa „rok szkolny” – często po raz pierwszy – 6latki idą do szkoły. I chyba to właśnie do nich kieruję dzisiejsze przemyślenia.

„Rok szkolny” (jak to się na studiach zaczyna??) nastał i niestety trzeba się już do niego powoli przygotowywać (jak zwykle po terminie). Wakacje się skończyły czy tego się chce czy nie i w związku z tym trzeba pomyśleć o kupnie nowych książek. Każdy kto ma to już za sobą pewnie zdaje sobie sprawę z tego z jak dużymi wydatkami się to wiąże. Niestety w naszym kraju rynek związany z podręcznikami jest bardzo źle zorganizowany i rodzice, którzy mają przygotowywać wyprawkę szkolną dla swoich dzieci muszą się liczyć z bardzo dużymi wydatkami. Największe to oczywiście kupno książek i tutaj trzeba się zastanowić nad tym czy lepszym rozwiązaniem będzie kupowanie książek całkowicie nowych czy też używanych, a jeśli używanych to gdzie je kupić.

Gdy chodzi o kupno książek to duże znaczenie bez wątpienia będzie miało to dla kogo kupujemy książki oraz do jakiej szkoły nasze dziecko uczęszcza. W tym momencie mamy bardzo wiele szkół, gdzie co roku książki się zmienia a co za tym idzie będzie bardzo trudno o kupno książek używanych po poprzednich rocznikach ponieważ może się po prostu okazać, że w danym roku są one już po prostu nieaktualne i będzie trzeba szukać jakiegoś innego rozwiązania. W takim przypadku wygląda na to, że najlepszym rozwiązaniem będzie kupowanie książek nowych, ale to już będzie wiązało się z dużymi wydatkami. W przypadku dzieci, które uczęszczają dopiero do pierwszych klas bardzo często stosuje się tam takie książki, które uzupełnia się różnorakimi wpisami przez co niestety nie będą się one nadawały do ponownego użycia. Między innymi z tego powodu nie będzie tutaj można kupować książek używanych. Oczywiście kupno książek używanych będzie lepszym rozwiązaniem, gdy będzie taka możliwość, ponieważ po prostu będą one tańsze.

Jeśli już istnieje taka możliwość, by książki używane kupować trzeba się zastanowić między innymi nad tym, gdzie takiego zakupu będzie można dokonać. Wydaje się, że obecnie takim bardzo dobrym rozwiązaniem jest kupowanie książek od poprzednich roczników. Gdy już chodzi się do szkoły od kilku lat to istnieje takie prawdopodobieństwo, że zna się kogoś ze starszych klas i między innymi właśnie dlatego będzie można poszukać takiej osoby, która będzie chciała sprzedać swoje używane książki. Prawdopodobnie właśnie takie rozwiązanie będzie najkorzystniejsze, gdy chodzi o koszty. Osoby, które sprzedają książki używane najczęściej nie będą miały jakichś szczególnych wymagań finansowych i między innymi z tego powodu uda się kupić tanio książki, które nam jeszcze posłużą. Jeśli takich znajomości nie mamy możemy także zainteresować się książkami, jakie oferowane są w sieci. Jak się obecnie okazuje jest wiele osób, które sprzedają swoje podręczniki przez internet. Wydaje się, że takie rozwiązanie jest także bardzo korzystne ponieważ, gdy osoba prywatna sprzedaje książki to prawdopodobnie cena będzie atrakcyjna. Tutaj minusem będzie jednak już to, że będzie trzeba dodatkowo zapłacić również za przesyłkę takich książek. Ale nawet przy takim wydatku zakup powinien  być dla nas opłacalny.

Dopiero w ostateczności, gdy już nie możemy się zdecydować na żadne z takich rozwiązań można się decydować na kupowanie książek w antykwariatach. Tam rzeczywiście znajdziemy podręczniki używane, ale niestety cena nie będzie już tak atrakcyjna. Oczywiście będzie niższa niż kupno książek całkiem nowych, ale ta różnica nie będzie taka duża. Antykwariaty muszą bowiem zapłacić osobie, która książkę sprzedaje, a następnie chcą jeszcze jak najwięcej zarobić. Dlatego w wielu sytuacjach okazuje się, że klientom, którzy im sprzedają książki płacą gorszę a potem narzucają wysoką marżę przez cos książka kupowania już przez klienta okazuje się być niewiele tańsza niż książka sprzedawana nam jako nowa, a tutaj jednak otrzymamy podręcznik używany.

I korzystając z okazji tematu „szkolnego”. Jakiś czas temu pisałam Wam o moralnych i etycznych aspektach podsłuchiwania i sprawdzania gdzie jest nasze dziecko.  Mój kuzyn podesłał mi adres aplikacji Namierzanie Telefonu którą bardzo poleca. (nie)stety daje ona więcej możliwości niż przypuszczałam – śledzi nasze dziecko przez 24h i wysyła te informacje wraz z ostatnimi 100 lokalizacjami. I teraz ostatnio wyszło że jednorazowe sprawdzenie gdzie jest nasza pociecha jest ok. Czy jednak śledzenie praktycznie każdego jego kroku, każdego przebytego kilometra jest etyczne? Temat pozostawiam Wam do przemyślenia. Myślę że kiedy będę miała swoje dzieci, będę w stanie na to pytanie obiektywnie odpowiedzieć.

Podsumowując jeszcze kupowanie książek używanych jest na pewno dobrym rozwiązaniem pod warunkiem, że uda się nam znaleźć dobrego sprzedającego, którzy zaoferuje książki w dobrym stanie w atrakcyjnej cenie.

Dobre zbiory w Polsce

Zbliża się okres żniw w Polsce, czas wzmożonej pracy dla rolników, którzy w tym okresie będą czekali na jak najlepsze zbiory. Wbrew pozorom nawet te osoby, które są jakby daleko od tego rolniczego świata będą również odczuwały na swojej skórze to czy zbiory w tym roku były udane czy raczej nie przyniosą dobrego ziarna. Od tego zależy bowiem cena maki a to oczywiście w dłuższej perspektywie wpływa na cenę wielu innych produktów.

Zbliżające się zbiory na tą chwilę zapowiadają się całkiem nieźle. Przede wszystkim zima była w Polsce bardzo delikatna. Osoby, które zdecydowały się posiać zimą mogą obecnie oczekiwać dobrych plonów. Podobna sytuacja była również w zeszłym roku i rzeczywiście wszystko się sprawdziło. Bez wątpienia dla rolników jest to spore ryzyko, ponieważ mogą stracić cale posiane zboże, jeśli będą mrozy a nie będzie śniegu. Ale takie ryzyko może się opłacić, ponieważ zboże ozime najczęściej daje dużo lepsze plony niż to siane na wiosnę. W tym roku może być szczególna różnica ponieważ wielu rolników musiało czekać z sianiem wiosennego zboża i trudno powiedzieć jak ono teraz się odwdzięczy.

Na tą chwilę zbiory jeszcze się nie rozpoczęły ponieważ końcówka czerwca była raczej nieudana pod kątem pogody i niestety trochę brakowało słońca, które obecnie byłoby bardzo potrzebne, by zboże mogło ostatecznie dojrzeć do żniw. Trzeba się jednak spodziewać, że na dniach rozpocznie się już zbiór i na wszystkich polach będą się pojawiać kombajny. Jakie będą zbiory okaże się oczywiście za jakiś czas. Rolnicy liczą na udane plony i chyba wszyscy rodacy powinni o tym nieco pomyśleć, ponieważ tak naprawdę to właśnie praca tych osób ma wielkie znaczenie dla naszego codziennego życia. Dzięki nim mamy chleb, jeśli zboża będzie dużo to możemy oczekiwać, że cena tego chleba w tym roku będzie na zadowalającym nas poziomie. Jeśli chodzi o ceny w sklepach to efekty zbliżających się żniw pewnie poznamy dopiero za kilka miesięcy, gdy zboże będzie już przerobione na mąkę a z tej wypieczony zostanie pierwszy chleb.

Jak wyrazić siebie poprzez sztukę?

Sztuka – większość z nas nie wyobraża sobie bez niej swojego życia. Jest ona rzecz jasna dość szerokim pojęciem i może odnosić się do najróżniejszych dziedzin, od muzyki, poprzez malarstwo aż po literaturę. Trudno jest dziwić się temu, że dla wielu ludzi stanowi ona właściwie integralną część codzienności. To właśnie ona stanowi urozmaicenie naszego życia i sprawia, że nie jest ono tak szare i nudne. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że większość osób traktuję sztukę jako coś, czym zajmują się wyłącznie inni ludzie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że piękno sztuki polega właśnie na tym, że może się nią zajmować dosłownie każdy. Nie potrzebujemy do tego żadnych wielkich talentów, bowiem nie chodzi o to, aby zostać wybitnym artystą. Sam swego czasu zacząłem zajmować się tym zupełnie amatorsko i gwarantuję – życie od razu staje się o wiele ciekawsze. Co więcej, sztuka oferuje wiele ciekawych możliwości. W moim przypadku była to muzyka***, ale każdy może wybrać coś według własnych preferencji.

Wyraź siebie przez muzykę

Większość z nas posiada swoich ulubionych muzyków – głównie wokalistów lub gitarzystów – których podziwiamy całym sercem. Z zazdrością obserwujemy ich umiejętności i myślimy sobie, jak wspaniale byłoby umieć wyczyniać ze swoim głosem czy instrumentem tak niesamowite rzeczy. Takie podejście jest jednak błędne, i przyznam, że sama miałam je przez bardzo długi czas. Kiedy jednak sięgnęłam po gitarę i zaczęłam swoją naukę bardzo szybko przekonałam się, że nie chodzi tutaj wyłącznie o osiąganie wybitnego poziomu umiejętności. Sama nauka, rozwijanie się i tworzenie własnych rzeczy daje największą przyjemność. Właśnie: tworzenie. Sama uświadomiłam sobie to, że tworzenie własnych utworów jest niesamowicie ciekawe i wcale nie mam ambicji, aby stały się one wielkimi przebojami. Mało tego, nawet nie trafiają one do szerszej publiczności. Świetnym pomysłem jest po prostu nagrywanie czegoś własnego w domu i wrzucanie tego do internetu – wbrew pozorom, nie są do tego potrzebne ani wielkie umiejętności, ani też zaawansowany sprzęt.

Inne formy sztuki

Muzyce poświęciłem tu osobny akapit, bowiem jest to „moja” forma sztuki; niemniej jednak uważam, że możliwości są tutaj o wiele szersze. Wielu ludzi ma na przykład ogromny talent pisarski, którego zwyczajnie nie wykorzystują. Tymczasem dzielenie się swoją twórczością z innymi jest obecnie tak proste, jak jeszcze nigdy wcześniej – w internecie działa przecież mnóstwo stron skupiających miłośników literatury, na których można zamieścić swoje własne utwory. Podobnie zresztą jest z malarstwem czy fotografią.

Zainteresowanie sztuką jest moim zdaniem czymś jak najbardziej pozytywnym. Warto spróbować własnych sił w takiej twórczości, niekoniecznie z ambicją zostania wybitnym artystą w swojej dziedzinie. Tworzenie własnych rzeczy dla przyjemności jest jedną z najciekawszych pasji, jakimi tylko możemy zajmować się w życiu.

***tak, wiem że zaraz zarzucicie mi że skaczę z kwiatka na kwiatek. „A co się stało z fotografią??”.. Spokojnie – ona jest cały czas. Po prostu uważam że warto mieć 2-3 różne hobby i rozwijać się w każdym z obranych w ten sposób kierunków 😉

Ciche dni, czyli droga donikąd

Moje małżeństwo skończyło się już dobre dwa lata temu i do teraz jeszcze nie za bardzo się z tego otrząsnęłam. Dobrze wiem, że wina była po obu stronach mniej więcej po równo i chociaż ja go kochałam i jestem pewna, że on kochał mnie, po prostu nie byliśmy w stanie na tyle pogodzić naszych charakterów, zrobić oboje odpowiednio dużych kroków wstecz, by mogło to zadziałać. Teraz od czasu do czasu wracam do rzeczy, które były dobre w naszym krótkim małżeństwie, ale czasami wracam też do tych, które były złe, szkodliwe i w efekcie destruktywne. Czy dzisiaj zrobiłabym niektóre rzeczy inaczej? Myślę, że tak, ale wiem też, że myślenie nie było często elementem podejmowania decyzji. Jednym z najgłupszych sposobów na kłócenie się, jakie w czasie małżeństwa wypracowaliśmy, były chyba ciche dni.

Jak wyglądają ciche dni, każdy chyba dobrze wie. W tym czasie po prostu ze sobą nie rozmawiamy, ignorujemy się i już. Czy karaliśmy się w ten sposób? Trudno powiedzieć, co właściwie chcieliśmy osiągnąć. Piszę my, ponieważ do tanga trzeba dwojga. Ja inicjowałam to fochem, ale on też nie miał nic przeciwko podtrzymywaniu stanu ciszy. Czasami nawet przez kilka dni.

Najgorsze w tym czasie było to, że obojgu się nam w głowach kotłowało.

Przypisywaliśmy sobie nawzajem najgorsze intencje, kłóciliśmy się w myślach sami z sobą, wysuwaliśmy oskarżenia… Po prostu masakra. Najgorsze było w tym wszystkim to, że zniszczenia były takie, jakbyśmy się faktycznie kłócili, a że tak naprawdę walczyliśmy sami ze sobą, oboje wiedzieliśmy, gdzie uderzyć, by odczuć to jak najbardziej boleśnie. Za zadawany sobie cios winą obarczaliśmy oczywiście drugą stronę.

Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to być najgłupsza rzecz na świecie, ale wtedy oczywiście tak nie czułam. Człowiek jest w żywiole i płynie po prostu z nurtem negatywnych emocji. Największym moim problemem do dzisiaj jest chyba to, że dalej nie wiem, jak przerwać ciche dni. Trwały one zawsze tak długo, aż nie zdarzyło się coś, co zmuszało nas do ich przerwania i zawsze był to jakiś czynnik zewnętrzny. Co będzie, jeśli teraz się z kimś zwiążę i znowu będziemy zatruwać sobie nawzajem życie cichymi dniami? Najlepszą receptą na nie jest chyba po prostu w ogóle ich nie zaczynać, ale przecież już wtedy moim celem nie było nieodzywanie się do niego przez kilka dni i jestem pewna, że on też wcale tego do końca nie chciał. Tak to już jakoś wychodziło. Dawno nie czułam się już tak podle jak teraz.

Czas się zakochać

Wszyscy dookoła ciebie zakochują się i odkochują? Ty znowu zostajesz w tyle? Dlaczego? Tak naprawdę jest to tylko twój wybór, chociaż dróg do zakochania się jest bardzo wiele i działają one różnie na różne osoby. Sama wypróbowałam je wszystkie. Nie, nie chodzi mi tutaj o kochanie się w sensie fizycznym, bo aż tak się nie puszczam, żeby mieć „wszystkie” metody wypróbowane. Żyję po prostu na tym świecie dostatecznie długo, wyrozumieć, co się ze mną dzieje. Żyję świadomie. W miłości także.

Bo miłość wcale nie jest taka skomplikowana. Pierwsza miłość każdej z nas prawdopodobnie była taka sama. Pierwszy chłopak, ten piękny, nastoletni. Albo po prostu chłopak, który akurat był pod ręką i kiedy zaczynałyśmy zakochiwać się w nim stawał się dla nas piękny. Bo to jest właśnie pierwsza wersja miłości – czysta erotyka. Nasz pierwszy partner był po prostu mężczyzną. Tylko nim i aż nim. Miał określone cechy i następował wtedy imprint erotyczny. Co to takiego? Przypomnijcie sobie swoich przeszłych partnerów. Wszyscy byli dość podobni, prawda? Przynajmniej pod względem jednej podobnej cechy. Dla mnie to były brązowe oczy, chociaż zorientowałam się w tym dopiero, kiedy już wiedziałam czym jest imprint i zaczęłam szukać jego manifestacji.

Mechanizmy wpisywania się określonych wzorców w nasz mózg wcale nie są ograniczone tylko do fizyczności, chociaż w drugim ujęciu, aspekcie imprintu rodzica, także trochę fizyczności istnieje. Psychologowie zwalają zwykle wszystko na problemy w relacjach z matką, a dla nas, dla kobiet, gigantyczne znaczenie dla życia rodzinnego w przyszłości mają zawsze relacje z ojcem. Są dwa ekstrema: córeczka tatusia i ojciec oddalony. W pierwszym wypadku kobieta jest niezależna i silna, szuka mężczyzny, który będzie się o nią starał, będzie ja adorował. W drugim przypadku, kiedy ojciec był nieobecny ciałem i/lub duchem, efektem będzie poszukiwanie równie oddalonego partnera. W takim wypadku prawdopodobnie będziesz często zakochiwała się na „to skomplikowane”.

Najczęściej zakochują się kobiety, którym czegoś brakuje, coś im doskwiera. Nie są to wcale kobiety puszczalskie, ale po prostu wybrakowane emocjonalnie. Taki typowy przykład baby lecącej na starszego faceta z pieniędzmi może być dużo bardziej złożony. Jeśli twoja przyjaciółka szuka sobie starszych facetów i robi to z dość dużą regularnością (i nietrwałością), prawdopodobnie brakuje w jej życiu ciepła. Miłość nie tylko jest tutaj wartością samą w sobie, ale także sposobem na zrekompensowanie sobie czegoś innego. Ja nigdy nie musiałam mieć faceta, by czuć się dobrze, ale wiele z nas właśnie taka potrzebę posiada. Taka miłość oczywiście nie jest trwała, bo kiedy kobieta zaspokoi swoją potrzebę, samiec nie będzie już więcej potrzebny i poszuka sobie nowego, atrakcyjniejszego. Brutalne? Brutalne.

Inna zabawa to też zegar biologiczny. Ile z nas jeszcze do niedawna było wesołymi singielkami? A teraz tyknął porządnie zegar biologiczny, 30 urodziny były już dawno, więc trzeba było się wziąć za rodzinę. Tak po prostu. Jakoś na ten temat nie chce mi się za bardzo rozwodzić.

Więcej napiszę o mojej podstawowej opcji miłości, którą w retrospektywie stosowałam najczęściej. Chodzi o miłość udawaną, taką na próbę. Zaczynacie się umawiać, „kochacie się”, ale wszystko dopiero powoli się rozwija, bo na początku na pewno się nie kochacie. Lubimy się, fajnie spędza się ze sobą czas, potem seks też często jest fajny, ale właściwie jakiegoś większego uczucia nie ma. I nie ma znaczenia, czy mówicie sobie, że się kochacie czy nie. Czy to jest oszustwo? Długo się nad tym zastanawiałam, bo realnie mam problem z udzieleniem odpowiedzi na tak postawione pytanie. Wydaje mi się jednak, że nie jest to oszustwo, ponieważ z moim mężem właśnie zaczynaliśmy od czegoś takiego. Na początku po prostu łatwiej nam się żyło jako parze, a potem nie byliśmy już w stanie wyobrazić sobie innego życia. Nie tylko po prostu jako singla, ale jako osoby żyjącej bez swojej drugiej połówki. Teraz wręcz wydaje mi się, że taki rodzaj miłości jest zdecydowanie najprawdziwszy, bo nie pojawił się z kaprysu czy oczekiwań wyniesionych z domu.

Nie zazdrość, nie daj zazdrościć

Od dzieciństwa, najwcześniejszego dzieciństwa, uczy się nas, że zazdrość to coś złego. Adam Mickiewicz wielkim poetą był, a zazdrość zła jest. I basta. Nie myślimy o tym, nie kwestionujemy, tylko przyjmujemy na wiarę i już. Dlatego właśnie takim wielkim szokiem było dla mnie uświadomienie sobie ostatnio, że strasznie zazdroszczę dwóm koleżankom z pracy. Na początku wypierałam z umysłu tę myśl, ale dość szybko zdałem sobie sprawę, że to nie ma najmniejszego sensu i trzeba po prostu coś z tym zrobić, bo zazdrość mnie zje.

Jestem człowiekiem raczej otwartym i nie boję się rozmowy. Nie przesadzam z tym oczywiście i nie należę do kobiet, które płaczą na filmach romantycznych. Rozmowa uzdrawia, rozmowa oczyszcza i to właśnie było moim celem.

Usiadłyśmy razem przy kawie w czasie przerwy i po prostu im to powiedziałam. Dwie niezależne, inteligentne kobiety, na stanowisku równym z moim, ale zarabiające trochę więcej. To był jeden z elementów mojej zazdrości, ale znacznie ważniejsze było to, że dowiedziałam się o ich prowadzonym równocześnie projekcie odnośnie budowy domów w Afryce. Sama po pracy najczęściej siadam z piwkiem albo lampką wina i po prostu nie mam siły na nic, a one robią nawet trochę więcej ode mnie, bo mają obowiązki nadzorcze i do tego jeszcze to.

Myślałam, że się na mnie obrażą albo przynajmniej stosunki między nami zmienią się na bliżej nieokreśloną neutralność. Zadziwiły mnie, bo powiedziały chórem, że jak najbardziej rozumieją sytuację. Powiedziały mi, że między sobą czują zazdrość non stop i jest to jedno z najsilniejszych odczuć wpływających na ich motywację.

Wytłumaczyły mi, że zazdrościć można na dwa sposoby. Pierwszy z nich jest niszczący, ponieważ związany jest z poczuciem, że ktoś inny ma coś, co mu się nie należy. Widzimy sąsiadkę z nowym samochodem, mamy go za idiotkę i zazdrościmy jej, że ona ma, a my nie. To nie była moja zazdrość.

Drugi rodzaj zazdrości wynika z tego, że patrzymy na innych i zastanawiamy się, dlaczego tacy nie jesteśmy. Patrzymy na ten samochód sąsiada i plujemy sobie w brodę, że nie poszliśmy na życiowym zakręcie w kierunku, który też by nam taki samochód dał. Ja patrzę na nie i chciałbym mieć siłę do zrobienia czegoś dobrego jeszcze po pracy. Tak rozumiana zazdrość w żadnym razie nie jest uczuciem negatywnym w stosunku do drugiej osoby. Jeśli już chcemy się  doszukiwać jakichś elementów negatywnych, jest to wyrzut w stosunku do siebie samego, że wczoraj i przedwczoraj mi się nie chciało, a teraz przed oczami staje mi ucieleśnienie przełamania marazmu. I nie jest to bynajmniej moje odbicie w lustrze.

Zazdrość nie musi być toksyczna. Wystarczy tylko przekuć ją najpierw w admirację, a potem zrobić krok dalej i zacząć dążyć do poziomu, którego zazdrościmy drugiej osobie. W ten sposób naprawdę możemy się skutecznie nakręcić i to tylko i wyłącznie pozytywnie. Może warto by było skończyć uczeniem dzieci, że zazdrość jest zawsze zła? Przecież to nie jest prawda. Podobnie jest przecież z chciwością (ps. chcę mieć tyle odwiedzin na blogu co Karol! ;P), ale to niech już będzie temat na inną okazję.

Potęga uśmiechu

Dzisiaj trzeba być twardą osobą. Bezwzględny twardziel, który nigdy się nie uśmiecha i zawsze ma zaciśnięte w złości żeby? O tak! A można pójść też drugą stronę, czyli w mięciutkie, ciepłe kluchy, które zazwyczaj są smutne lub w ogóle zapłakane. Czy takie coś pasuje w dzisiejszej kulturze? Jak najbardziej. Teraz jeszcze pojawiają się inne, nawet bardzo dziwne metody na kroczenie przez życie. Uderza mnie w nich to, że wszystkie one są pozbawione uśmiechu. Ba, większość z nich traktuje go wręcz alergicznie i nie chce mieć z nim nic do czynienia. No, może akceptuje go w postaci śmiechu będącego odpowiedzią na dobry dowcip, ale iść z uśmiechem przez życie, dosłownie – z uśmiechem na twarzy? To raczej dzisiaj nie przechodzi. Ja postanowiłam być tutaj wyjątkiem i idzie mi naprawdę bardzo dobrze.

Tak po prostu się uśmiechasz? Tak, tak po prostu się uśmiecham! Bardzo często spotykam się nawet z bardzo negatywnymi reakcjami typu „czego się cieszysz”, ale niespecjalnie zbija mnie to z tropu. Wychodzę po prostu z założenia, że uśmiech ma znacznie transcendentalne, które manifestuje się dla mnie tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Czy moja koncepcja jest bardzo skomplikowana? Raczej nie.

Uśmiech wewnętrzny. Ktoś mi może zarzucić, że mój uśmiech jest nieszczery, ale co w zasadzie ma być nieszczerego w moim uśmiechu? Jest to dla mnie wręcz odruch, dzięki któremu jestem w stanie cały czas wrzucać samego siebie na pozytywne tory. Uśmiecham się także wtedy, kiedy źle się czuję lub po prostu nie mam ochoty się śmieć, nie cieszę się. Właśnie wtedy ludzie zarzucają mi brak szczerości, tylko niech mi powiedzą, w czym miałoby mi pomóc chodzenie z nosem zawieszonym na kwintę?

Już dawno odkryłam, że jeśli człowiek się uśmiecha sam do siebie, zaraża samą siebie pozytywną energią. Może to brzmieć niezbyt sensownie dla osób, które nigdy tego nie próbowały, ale tak naprawdę jest. Po pewnym czasie takiego uśmiechania się po prostu zły nastrój mija i nie ma z nim już więcej żadnych problemów. Znacznie ważniejsze jest jednak to, co dzięki uśmiechowi można zdziałać w relacjach międzyludzkich.

Uśmiech zewnętrzny. W przypadku większości gatunków zwierząt pokazywanie zębów jest wielkim sygnałem agresji. Jest to ostrzeżenie, pokazanie, że mam czym zaatakować. Nie za dobrze jest się uśmiechać szeroko do psów, które są wystraszone lub po prostu za bardzo nas nie znają. W przypadku ludzi jest zupełnie inaczej. Dla nas uniesione kąciki ust i koniecznie uniesione także lekko mięśnie twarzy z okolic kości policzkowych, oznaczają jednoznacznie zadowolenie i pozytywne nastawienie do drugiego człowieka. Są one symbolem braku agresji, kordialności i naszego luzu w relacjach międzyludzkich.

Rozpoczęcie rozmowy z uśmiechem dobrze nastraja do nas ludzi. Jest to wręcz mała, niewinna manipulacja. Pomaga zwłaszcza z osobami zagniewanymi, a w przypadku tych z neutralnym nastawieniem, potrafi naprawdę sprawić, że kontakt będzie bardzo przyjemny i bezstresowy. Polecam takie podejście zwłaszcza osobom, które muszą pracować często z ludźmi, na przykład sprzedawcom.

Znaj umiar. Oczywiście we wszystkim należy musi być umiar i nie należy się szeroko uśmiechać na pogrzebie lub w sytuacji, kiedy ktoś dzieli się z nami jakimś zmartwieniem. Uśmiechu nie należy wyłączać, ale jeśli go odpowiednio stonujemy, będzie pasował do sytuacji i będzie poprawiał jej wygląd. Warto przez jakiś czas spróbować techniki uśmiechu. To nic nie kosztuje, a przez życie idzie się znacznie przyjemniej.

A może byśmy zrobili z randek internetowych serwis konsumencki?

Jak chyba większość singli z mojego otoczenia, od całkiem dawna korzystam z różnych serwisów randkowych. Na razie miałam dość zmienne szczęście, ale niespecjalnie mogę narzekać. Fakt, że jest kilka rzeczy, które bym na tych portalach poprawiła i jedną z nich chciałabym się  podzielić z wami tutaj. O co chodzi? Pozwólcie, że zacznę od początku.

Małe i większe rozczarowania. Co was najbardziej denerwuje na portalach randkowych? Dla mnie są to sami użytkownicy. Rozmawiasz z takim kolesiem i on… Nie, pierwszy problem jest w ogóle wtedy, kiedy przeglądam jego profil. Już wiele razy mi się zdarzyło, że czytam o kolesiu, jak to brunet ma bujne włosy i 185 centymetrów wzrostu, a potem z ekranu spogląda na ciebie łysiejący szatyn, który w trakcie spotkania patrzy na brodę, bo założyłam szpilki i niestety mogę jego łysinę oglądać z bliska. Nie chodzi mi nawet o to, że jest niski. Nie w tym sęk. Chodzi o to, że kłamie na temat tak bardzo podstawowych rzeczy. A co z tymi bardziej subtelnymi?

Portal fantasy. Prawdziwe fantazjowanie zaczyna się, kiedy dochodzimy do zainteresowań, sposobów spędzania wolnego czasu i na przykład hobby. Moi ulubieni są chyba gitarzyści, z którymi jako zapalona fanka gitary lubię zawsze szczególnie pogadać, a po 2 minutach okazuje się, że 10 lat temu poszedł na dwie lekcje gry i dalej mieni się gitarzystą. Tego samego rodzaju wałki latają w kwestii filmów, wykształcenia, książek, sportu… W zasadzie wszystkiego.

Zweryfikujmy to! Na pewno nie byłam pierwszą, która dała się nabrać na Staszka o wzroście siedzącego psa, który miał być wielkoludem, czy na szczupłego blondyna o obwodzie pasa kobiety w ciąży. I co? I nic. Następne też się na nich nabiorą, ponieważ nie ma sposobu na zweryfikowanie tego typu informacji. Nie ma? Ależ jest! Wystarczy dać jak w serwisach aukcyjnych czy sklepach możliwość oceny „przedmiotu”. Banalne, prawda? Raz sie sparzę, to potem napiszę takiemu fagasowi, że 185 centymetrów to on ma, jak skacze na trampolinie. Niech ludzi nie robi w konia!

Savoir vivre. Jeśli chodzi o same cechy podstawowe, to tak naprawdę nie jest jeszcze jakoś bardzo źle. Niech tam sobie będzie trochę niższy, nich przecenia umiejętności gry na gitarze i tak dalej. Sama mam trochę większe cycki na zdjęciu profilowym, niż to jest naprawdę, ale czasami trafi się jakaś totalna świnia, którą warto byłoby napiętnować. „Mietek spóźnił się kwadrans” – negatyw. „Czesław zabrał mnie do taniej speluny na kolację” – negatyw. „Po trzeciej randce nie chciał wejść na górę” – potrójny negatyw!

No oczywiście byłyby też rzeczy pozytywne. Dlaczego by nie pisać „Krystian ma świetne poczucie humoru” – pozytyw. Albo „Wiesiek trzyma ręce przy sobie” – negatyw! Jeśli czyta to ktoś odpowiedzialny za portale randkowe, to nich się zastanowi. Ja się na coś takiego piszę!

Internetowe portale randkowe

Szukaliście kiedyś miłości w Internecie? Myślicie, że to ma sens?
Gdy byłam „pryszczatą nastolatką”, a Internet wchodził dopiero pod strzechy i do sal informatycznych w szkołach internetowe portale randkowe wydawały mi się czymś desperackim. Powtarzałam sobie zresztą, że jeśli nigdy nie znajdę szczęścia w miłości to skorzystam z tej formy wsparcia, skąd bowiem mogę wiedzieć, czy na sąsiednim osiedlu nie mieszka moja „druga połowa”, która jednak umyka mi w rzeczywistym świecie? Dziś stały dostęp do Internetu dla nikogo nie jest zaskoczeniem, a media coraz więcej uwagi poświęcają zagadnieniom takim, jak choćby uzależnienie od wirtualnego seksu.

Internetowe portale randkowe nie są już więc tajemnicze, a osoby, które z nich korzystają wcale nie są desperatami. Samo znajdowanie miłości w Internecie też nie wywołuje już sensacji i budzi raczej praktyczne zaciekawienie. Poznaliście się przez Internet? A z jakiego portalu korzystaliście?

Ale jak to jest z tą internetową miłością? Wydaje mi się, że różnic pomiędzy poznaniem się na portalu i poznaniem się w klubie wcale nie ma zbyt wielu. Na portalu randkowym nie rejestrujemy się przecież po to, aby w nieskończoność wysyłać sobie wiadomości z wyrazami sympatii. Zakładamy, że w pewnym momencie wsiądziemy w samochód lub tramwaj i pojedziemy do miasta szukać naszej ukochanej. A jeśli pojedziemy jej szukać to będzie dobrze, jeśli nie zafałszujemy swojego obrazu aż tak bardzo, aby nie rozpoznała w nas osoby, z którą korespondowała. Ciekawie o tym jakiś czas temu pisała Eclipce – tyle że jej podejście było odrobinę inne niż moje. Ona sugerowała że lekkie „zakrzywienie rzeczywistości” nie jest niczym złym. W końcu codziennie spotykamy się z różnego rodzaju zawodami miłosnymi/zawodowymi/koleżeńskimi. Jeden więcej nic nam złego nie zrobi a takie kłamstewko da nam większą szansę na spotkanie.

A co z samym zapotrzebowanie na wspomniane portale? Oczywiście, niektórzy analitycy tego zjawiska rozpaczają, że jest to najlepszy dowód na to, jak bardzo tracimy kontakt z rzeczywistością i jak oddalamy się od tego, co było dla nas naturalne jeszcze kilkanaście lat temu. Ja sama jestem jednak jak najdalsza od rozdzierania szat. Rzeczywiście, coraz więcej osób narzeka, że ma problemy ze znalezieniem kogoś, z kim można się związać, a ja sama mam znajomych, którzy poznali się na portalu randkowym, nie są to jednak wcale osoby chorobliwie nieśmiałe, zakompleksione albo mające jakieś poważne problemy ze swoją psychiką i szukające sposobu na wykreowanie na nowo swojej osobowości. Portale randkowe były w ich wypadku naturalną konsekwencją nawału zajęć, konieczności dostosowania się do życia w wielkim mieście albo sposobem na przełamanie monotonii.

Co ciekawe, nie brakuje osób, którym wcale nie jest bliska moja filozofia z czasów dojrzewania. Skoro nie udaje nam się znaleźć nikogo w realnym świecie, dlaczego zamykać sobie wszystkie drzwi? Jeśli Internet może być szansą na miłość, dlaczego mielibyśmy z tej szansy zrezygnować? Czy argumentem ma być przekonanie niektórych osób znajdujących się w naszym otoczeniu, że nie jest to sposób najbardziej elegancki albo najstosowniejszy? Na pewno nie!

Oczywiście, internetowe portale randkowe to nie tylko szansa na miłość, ale i całkiem spore realne ryzyko, a korzystanie z nich powinno bazować na pewnych zasadach. To już jednak całkiem inny temat.