Książki nowe czy używane

Słowem wstępu – u mnie jest „rok studencki” ale gro moich znajomych przeżywa „rok szkolny” – często po raz pierwszy – 6latki idą do szkoły. I chyba to właśnie do nich kieruję dzisiejsze przemyślenia.

„Rok szkolny” (jak to się na studiach zaczyna??) nastał i niestety trzeba się już do niego powoli przygotowywać (jak zwykle po terminie). Wakacje się skończyły czy tego się chce czy nie i w związku z tym trzeba pomyśleć o kupnie nowych książek. Każdy kto ma to już za sobą pewnie zdaje sobie sprawę z tego z jak dużymi wydatkami się to wiąże. Niestety w naszym kraju rynek związany z podręcznikami jest bardzo źle zorganizowany i rodzice, którzy mają przygotowywać wyprawkę szkolną dla swoich dzieci muszą się liczyć z bardzo dużymi wydatkami. Największe to oczywiście kupno książek i tutaj trzeba się zastanowić nad tym czy lepszym rozwiązaniem będzie kupowanie książek całkowicie nowych czy też używanych, a jeśli używanych to gdzie je kupić.

Gdy chodzi o kupno książek to duże znaczenie bez wątpienia będzie miało to dla kogo kupujemy książki oraz do jakiej szkoły nasze dziecko uczęszcza. W tym momencie mamy bardzo wiele szkół, gdzie co roku książki się zmienia a co za tym idzie będzie bardzo trudno o kupno książek używanych po poprzednich rocznikach ponieważ może się po prostu okazać, że w danym roku są one już po prostu nieaktualne i będzie trzeba szukać jakiegoś innego rozwiązania. W takim przypadku wygląda na to, że najlepszym rozwiązaniem będzie kupowanie książek nowych, ale to już będzie wiązało się z dużymi wydatkami. W przypadku dzieci, które uczęszczają dopiero do pierwszych klas bardzo często stosuje się tam takie książki, które uzupełnia się różnorakimi wpisami przez co niestety nie będą się one nadawały do ponownego użycia. Między innymi z tego powodu nie będzie tutaj można kupować książek używanych. Oczywiście kupno książek używanych będzie lepszym rozwiązaniem, gdy będzie taka możliwość, ponieważ po prostu będą one tańsze.

Jeśli już istnieje taka możliwość, by książki używane kupować trzeba się zastanowić między innymi nad tym, gdzie takiego zakupu będzie można dokonać. Wydaje się, że obecnie takim bardzo dobrym rozwiązaniem jest kupowanie książek od poprzednich roczników. Gdy już chodzi się do szkoły od kilku lat to istnieje takie prawdopodobieństwo, że zna się kogoś ze starszych klas i między innymi właśnie dlatego będzie można poszukać takiej osoby, która będzie chciała sprzedać swoje używane książki. Prawdopodobnie właśnie takie rozwiązanie będzie najkorzystniejsze, gdy chodzi o koszty. Osoby, które sprzedają książki używane najczęściej nie będą miały jakichś szczególnych wymagań finansowych i między innymi z tego powodu uda się kupić tanio książki, które nam jeszcze posłużą. Jeśli takich znajomości nie mamy możemy także zainteresować się książkami, jakie oferowane są w sieci. Jak się obecnie okazuje jest wiele osób, które sprzedają swoje podręczniki przez internet. Wydaje się, że takie rozwiązanie jest także bardzo korzystne ponieważ, gdy osoba prywatna sprzedaje książki to prawdopodobnie cena będzie atrakcyjna. Tutaj minusem będzie jednak już to, że będzie trzeba dodatkowo zapłacić również za przesyłkę takich książek. Ale nawet przy takim wydatku zakup powinien  być dla nas opłacalny.

Dopiero w ostateczności, gdy już nie możemy się zdecydować na żadne z takich rozwiązań można się decydować na kupowanie książek w antykwariatach. Tam rzeczywiście znajdziemy podręczniki używane, ale niestety cena nie będzie już tak atrakcyjna. Oczywiście będzie niższa niż kupno książek całkiem nowych, ale ta różnica nie będzie taka duża. Antykwariaty muszą bowiem zapłacić osobie, która książkę sprzedaje, a następnie chcą jeszcze jak najwięcej zarobić. Dlatego w wielu sytuacjach okazuje się, że klientom, którzy im sprzedają książki płacą gorszę a potem narzucają wysoką marżę przez cos książka kupowania już przez klienta okazuje się być niewiele tańsza niż książka sprzedawana nam jako nowa, a tutaj jednak otrzymamy podręcznik używany.

I korzystając z okazji tematu „szkolnego”. Jakiś czas temu pisałam Wam o moralnych i etycznych aspektach podsłuchiwania i sprawdzania gdzie jest nasze dziecko.  Mój kuzyn podesłał mi adres aplikacji Namierzanie Telefonu którą bardzo poleca. (nie)stety daje ona więcej możliwości niż przypuszczałam – śledzi nasze dziecko przez 24h i wysyła te informacje wraz z ostatnimi 100 lokalizacjami. I teraz ostatnio wyszło że jednorazowe sprawdzenie gdzie jest nasza pociecha jest ok. Czy jednak śledzenie praktycznie każdego jego kroku, każdego przebytego kilometra jest etyczne? Temat pozostawiam Wam do przemyślenia. Myślę że kiedy będę miała swoje dzieci, będę w stanie na to pytanie obiektywnie odpowiedzieć.

Podsumowując jeszcze kupowanie książek używanych jest na pewno dobrym rozwiązaniem pod warunkiem, że uda się nam znaleźć dobrego sprzedającego, którzy zaoferuje książki w dobrym stanie w atrakcyjnej cenie.

Jak wyrazić siebie poprzez sztukę?

Sztuka – większość z nas nie wyobraża sobie bez niej swojego życia. Jest ona rzecz jasna dość szerokim pojęciem i może odnosić się do najróżniejszych dziedzin, od muzyki, poprzez malarstwo aż po literaturę. Trudno jest dziwić się temu, że dla wielu ludzi stanowi ona właściwie integralną część codzienności. To właśnie ona stanowi urozmaicenie naszego życia i sprawia, że nie jest ono tak szare i nudne. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że większość osób traktuję sztukę jako coś, czym zajmują się wyłącznie inni ludzie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że piękno sztuki polega właśnie na tym, że może się nią zajmować dosłownie każdy. Nie potrzebujemy do tego żadnych wielkich talentów, bowiem nie chodzi o to, aby zostać wybitnym artystą. Sam swego czasu zacząłem zajmować się tym zupełnie amatorsko i gwarantuję – życie od razu staje się o wiele ciekawsze. Co więcej, sztuka oferuje wiele ciekawych możliwości. W moim przypadku była to muzyka***, ale każdy może wybrać coś według własnych preferencji.

Wyraź siebie przez muzykę

Większość z nas posiada swoich ulubionych muzyków – głównie wokalistów lub gitarzystów – których podziwiamy całym sercem. Z zazdrością obserwujemy ich umiejętności i myślimy sobie, jak wspaniale byłoby umieć wyczyniać ze swoim głosem czy instrumentem tak niesamowite rzeczy. Takie podejście jest jednak błędne, i przyznam, że sama miałam je przez bardzo długi czas. Kiedy jednak sięgnęłam po gitarę i zaczęłam swoją naukę bardzo szybko przekonałam się, że nie chodzi tutaj wyłącznie o osiąganie wybitnego poziomu umiejętności. Sama nauka, rozwijanie się i tworzenie własnych rzeczy daje największą przyjemność. Właśnie: tworzenie. Sama uświadomiłam sobie to, że tworzenie własnych utworów jest niesamowicie ciekawe i wcale nie mam ambicji, aby stały się one wielkimi przebojami. Mało tego, nawet nie trafiają one do szerszej publiczności. Świetnym pomysłem jest po prostu nagrywanie czegoś własnego w domu i wrzucanie tego do internetu – wbrew pozorom, nie są do tego potrzebne ani wielkie umiejętności, ani też zaawansowany sprzęt.

Inne formy sztuki

Muzyce poświęciłem tu osobny akapit, bowiem jest to „moja” forma sztuki; niemniej jednak uważam, że możliwości są tutaj o wiele szersze. Wielu ludzi ma na przykład ogromny talent pisarski, którego zwyczajnie nie wykorzystują. Tymczasem dzielenie się swoją twórczością z innymi jest obecnie tak proste, jak jeszcze nigdy wcześniej – w internecie działa przecież mnóstwo stron skupiających miłośników literatury, na których można zamieścić swoje własne utwory. Podobnie zresztą jest z malarstwem czy fotografią.

Zainteresowanie sztuką jest moim zdaniem czymś jak najbardziej pozytywnym. Warto spróbować własnych sił w takiej twórczości, niekoniecznie z ambicją zostania wybitnym artystą w swojej dziedzinie. Tworzenie własnych rzeczy dla przyjemności jest jedną z najciekawszych pasji, jakimi tylko możemy zajmować się w życiu.

***tak, wiem że zaraz zarzucicie mi że skaczę z kwiatka na kwiatek. „A co się stało z fotografią??”.. Spokojnie – ona jest cały czas. Po prostu uważam że warto mieć 2-3 różne hobby i rozwijać się w każdym z obranych w ten sposób kierunków 😉

Jakie są granice inwigilacji własnego dziecka?

Jeśli liczycie tutaj na jakieś konkretne odpowiedzi, to się bardzo zawiedziecie, bo ja ich po prostu nie mam. Ostatnio ten problem stał się w mojej rodzinie bardzo poważny i zastanawiam się, jak prawidłowo do niego podejść. Jestem za, a nawet przeciw. Pasują mi niektóre metody, ale źle się z nimi mimo wszystko czuję. Chcę być z dziećmi otwarta, chcę działać na poziomie partnerskim, ale wiem, że dzieci potrzebują rodzica, a nie psiapsiółki…

Zacznę może od tego, że cała afera wzięła się od tego, że znalazłam na telefonie mojego dwunastoletniego Marka pornografię. Nie byłoby w tym jeszcze nic takiego strasznego, bo dzieci w normalny sposób w tym wieku zaczynają się interesować tym i tamtym. Ich zainteresowanie jest też głównie teoretyczne. Przynajmniej na razie Marek jeszcze obraca się głównie w towarzystwie kolegów, nie koleżanek. Jestem spokojna i nie boje się, że zacznie się bawić w jakieś „słoneczka”.

Sęk w tym, że była to dość nieprzyjemna pornografia, która dzieciakowi może w głowie namieszać, a do tego jak już to znalazł, nie omieszkał pochwalić się znaleziskiem swojej dwa lata młodszej siostrze, Krysi. To właśnie z protestów Krysi po otrzymaniu wiadomości z załącznikiem dowiedziałam się, że coś jest nie tak. Oczywiście zupełnym przypadkiem, bo nie przyszła z tym do mnie, ale darła się po Marku, ten się śmiał, a ja się zainteresowała.

Pytanie teraz, w jaki sposób odciąć dzieciakom dostęp do takich treści? Mechanizmów kontroli rodzicielskiej jest naprawdę dużo, ale są potężnie zróżnicowane i do tego nie wszystkie są w porządku. Na przykład usługi sieci komórkowych i specjalne programy do tzw. lokalizowania telefonu (na tej stronie znajdziecie dużo programów dla Waszych pociech) uruchamiane w tle na telefonie dziecka, dzięki którym w każdej chwili można poznać jego lub jej pozycję. Przez moment miałam to zainstalowane, ale źle się z tym czułam. Za każdym razem, kiedy sprawdzałam ich pozycje i byli tam, gdzie mówili, że są, miałam straszne wyrzuty sumienia i czułam się jak najgorsza matka świata. Nie to jednak było największym problemem.

Ufam ogólnie dzieciom, że nie pójdą tam, gdzie nie powinny być, ale chciałabym ukrócić w możliwie daleko idącym stopniu (dobrze wiem, że w 100% nigdy się nie uda) dostęp do twardej pornografii. Rozwiązania ogólnie mogą tutaj być dwa. Pierwsze podejście to blokowanie treści i one stwarza mniej problemów. Po prostu instaluję programy, które filtrują strony z pornografią i już. W ten sposób nie muszę nikogo inwigilować tak naprawdę i mogę czuć się z tym dobrze. No nie do końca właśnie, bo młodzi zawsze znajdą sposób. Chociaż znam się trochę na komputerach, to nie mam wątpliwości, że Marek na pewno da sobie radę z pokonaniem, przynajmniej w jakimś stopniu, wszystkich zabezpieczeń, jakie na niego nałożę.

Druga opcja jest dużo bardziej skuteczna, ponieważ w największym uproszczeniu polega na tym, by logować wszystko, co dzieci robią na swoich telefonach i komputerach. Nie zablokuje im to dostępu do niepożądanych treści w znaczeniu dosłownym, ponieważ jeśli będą chcieć się do nich dostać, nic nie będzie stało na przeszkodzie. Pojawi się jednak nieuchronnie topór nad ich głowami, bo jak sobie siądę do logów i zacznę je przeglądać, bardzo szybko dowiem się, że zrobili coś nie tak. Tutaj też jednak jest problem, bo samo zapisywanie historii przeglądania nie wystarcza. Trzeba zapisywać po prostu wszystko, także wszystkie informacje wysyłane przez nich do innych osób. Musiałabym po prostu stać się wielkim bratem, a właściwie wielką siostrą. Znalezienie nieodpowiednich treści wymagałoby ode mnie przecież po prostu przeszukania całości aktywności dziecka na telefonie. Pomijam już fakt, jak wielka ilość danych by to była.

Nie wiem, czy są rodzice, dla których coś takiego nie łączy się z poczuciem zupełnego deptania prywatności i indywidualności dziecka. Dla mnie to na dzisiaj jest nie do pomyślenia, ale nie wiem, jak zachowam się, jeśli kiedyś znajdę jeszcze coś w tym stylu, co znalazłam poprzednio. Na dzisiaj nie chcę nikogo specjalnie osądzać, bo sama nie wiem, jak się sprawa potoczy. Na pewno nie mogę zostawić spraw ich własnemu biegowi.

[mocno spóźniony] Tłusty Czwartek!

Był… minął… był wspaniały i czasami lubię do niego wracać wspomnieniami. Kto? co? Mowa o… moim ulubionym tłustym czwartku? Jak Wy? Lubicie go? Pewnie nie, bo większość z was nie jest na tak ścisłej diecie, jak ja, ale każdy na pewno lubi od czasu do czasu trochę połasuchować i mieć na to fajna wymówkę.

A ta jest wyjątkowo ciekawa, ponieważ… No właśnie. Ostatnio z psiapsiółkami ( Gosia, Paulina – dziewczyny, przypominam że pomysł na tłusty czwartek już zarezerwowałam!) usiadłyśmy sobie w naszej ulubionej kawiarni, gdzie zazwyczaj tylko łypiemy wyposzczonymi oczami na słodkości zadowalając się kawą, i poszperałyśmy trochę za faktami i ciekawostkami o pączkach i o tłustym czwartku.

Najgłupsze z naszych znalezisk mówiło o Stanisławie Auguście Poniatowskim, który organizował słynne obiady czwartkowe. Po jednym z nich miał spotkanie jeszcze z jakimś adwokatem. Odbywało się przy pączku i poprosił, by nie przeszkadzano mu „na pączku z adwokatek”. Następnego dnia w warszawskich cukierniach pojawiły się pączki z adwokatem. Swoją drogą, pączki mają za dodatek adwokat, nie adwokata.

Ważniejszy problem związany był z ilością kalorii. Jedna z psiapsiół wymyśliła, że spalenie jednego pączka to 5 godzin czytania książki, jeśli waży się 70 kilogramów. Albo można przebiec 4 kilometry. Oczywiście nie można sobie wliczać tego siedzenia do dziennego bilansu, bo ono już tam wliczone jest.

To powyższe, to efekt przyjaciółki-matematyka. Przyjaciółka-historyk miała dla nas coś ciekawszego. Okazuje się, że kiedyś pączki nadziewano nie tylko marmoladą, ale na przykład boczusiem albo słonikną. Poważnie! Dlaczego z tego pomysłu zrezygnowano? Nie mam pojęcia, ale wiem, że jeśli kiedyś będę sama pączki robiła, na pewno nie będą z różą. A już tak na marginesie… Te pączki zapijano wódką!

Ciekawe było też to, jak się smaży tradycyjne pączki. Nie był to olej, jak dzisiaj, ale po prostu smalec. Najzwyklejszy w świecie smalec. Pomysł dość ciekawy, chociaż akurat w tej kwestii chyba spasuję, bo serce mogłoby nie wytrzymać.
Bardziej modne mogą się  dzisiaj stać całkowite przeciwieństwa klasycznych pączków. Nasze wycieczki blogowe pozwoliły nam znaleźć cos bardzo ciekawego, mianowicie pączki wege (wegetariańskie). Robi się je z ziemniaków. Poważnie. Jak? Nie wiem. Jak to wygląda? Chyba nie chcę wiedzieć, ale tak faktycznie jest.
Na koniec może odrobina statystyki, bo każda z nas zjadła po 4 paczki. Okazuje się, że to ponad 1,5 pączka więcej, niż zjada statystyczny Polak. Coś czuję, że jest to statystyka obejmująca w dużej mierze osoby po prostu w ogóle nie jedzące pączków w tym dniu. Frajerzy.