Czy mały pokój musi być składowiskiem gratów?

Gdy wspominam entuzjazm, z jakim przygotowałam się do urządzania mojego mieszkania, muszę się zaśmiać, choć nie będę Was oszukiwać – śmiech jest nieco ironiczny. Moje wizje tego, jak będzie wyglądał salon zachwyciłyby pewnie każdego projektanta wnętrz, a najbliżsi znajomi, z którymi od samego początku dość chętnie się nimi dzieliłam, od samego początku spoglądali na mnie z pewnymi obawami. Z pewnością zastanawiali się nad tym, który z nich powinien mi powiedzieć jako pierwszy, że mój wymarzony salon ma szesnaście metrów kwadratowych, a więc nieco zbyt mało miejsca, jeśli zależy mi na realizacji każdego z moich odważnych planów. Jeśli mam być zresztą szczera to muszę przyznać, że mi samej dość mocno zrzedła mina, gdy sobie to uświadomiłam. Mimo wszystko, mój salon nie przypomina graciarni, można spokojnie się po nim przespacerować, a do tego nie ma się wrażenia, że spaceruje się po antykwariacie (przeglądając blogi modowe, nie ja jedna mam taki problem i nie ja jedna sobie z nim poradziłam :)). Jak mi się to udało? Oczywiście, nie wymyślałam wszystkiego sama. Znacznie bardziej opłacalne wydawało mi się skorzystanie z kilku dość często pojawiających się rad.

Rada pierwsza – mały pokój nie jest miejscem, na rzeczy niepotrzebne. Podobno najlepiej czujemy się w towarzystwie przedmiotów, których obecność budzi nam przyjemność. Mogą być to rozwiązania, które nam się spodobały, mogą być to jednak również rzeczy, których wartość sentymentalna przewyższa wartość nominalną. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku należy jednak dbać o to, aby nie odpychały swoim wyglądem i przeznaczeniem. Jeśli pokój jest wypełniony przez przedmioty, których nie lubimy, najprawdopodobniej nigdy nie polubimy też samego pomieszczenia, w którym dane przedmioty się znajdują. Owszem, możemy sobie tłumaczyć, że są one funkcjonalne i na swój sposób urokliwe, próżny jest jednak nasz trud – nie mamy szans na harmonię z tym, co budzi naszą niechęć. Lepiej więc takich rozwiązań po prostu unikać.

Rada druga – jeden mebel, a wiele funkcji. Meble wielofunkcyjne to żadna nowość. Wystarczy przypomnieć sobie meblościanki, które zdobiły niegdyś mieszkania naszych rodziców i krewnych. Oczywiście, meblościanka nie jest może najtrafniejszym porównaniem, funkcjonalność bardzo często nie szła bowiem w parze z atrakcyjnym wyglądem. Na szczęście, teraz problem jest znacznie mniej dotkliwy, producenci mebli wielofunkcyjnych nie zapominają bowiem, że powinny być one ozdobą. Jeśli więc pokój jest niewielki, warto pomyśleć o łóżku z wydzieloną przestrzenią na pościel, rozkładanym stole oraz o lampie, której wysokość można modyfikować w zależności od naszych aktualnych potrzeb.

Rada trzecia – ostrożnie z dodatkami. Chyba najboleśniej zniosłam świadomość tego, że w niewielkim salonie nie ma zbyt wiele miejsca na dodatki. Na szczęście, szybko zorientowałam się, że ich nadmiar wcale nie sprawia, że salon zyskuje niepowtarzalny charakter, ale przyczynia się do tego, że zaczyna przypominać jakieś ponure składowisko gratów. Rezygnacja z niektórych ozdób wymagała ode mnie pewnej determinacji, niejako w zastępstwie odkryłam jednak, że niektóre dodatki mogą być wyjątkowo funkcjonalne. Najbardziej klasycznym rozwiązaniem wydają się w tym kontekście kolorowe kartony, które ciekawie się prezentują, a jednocześnie mogą zrekompensować nam brak większej liczby szuflad, ale rozwiązań takich jest znacznie więcej.

Analiza bitew dnia powszedniego

O domowych kłótniach piszą zazwyczaj kobiety. Warto poczytać, co mają do powiedzenia, bo w końcu to z nimi przyjdzie nam dzielić domowe ognisko. Nic jednak nas tak nie nauczy, jak samo życie, czyli emipria. W moim przypadku dwa pierwsze lata małżeństwa z charakterem bardzo emocjonalnym, który w dodatku trochę tak jak i wasz autor miał i cały czas ma zapędy autorytarne.
Na pewno dobrym pomysłem nie jest całkowite unikanie kłótni. Są one rzeczą naturalną, kiedy w grę wchodzą emocje i różnica zdań wynikająca z innego postrzegania świata czy z inaczej ustawionych priorytetów. Kiedy jest jakiś problem, trzeba zająć się jego rozwiązywaniem natychmiast, ponieważ pozostawianie tematy nierozwiązanego powoduje, że szybko zaczyna on żyć własnym życiem, a my zamiast na faktach i realnych opiniach operujemy na domysłach dotyczących powyższych. Im dłużej problemy są przemilczane, tym gorszy wynik próby ich rozwiązania w późniejszym czasie.

Tutaj potrzebna jest mała dygresja. Mężczyźni powinni bowiem wiedzieć, że kobiety robią afery o małe, zupełnie nic nie znaczące rzeczy zwłaszcza wtedy, kiedy gryzie je coś znacznie większego i po prostu nie chcą tak z niczego wypalić, że uważają nas za nieudaczników bez perspektyw. Ok, jak czytam niektórych to wiedzą, inni (wybacz Logi – masz bardzo fajny styl ale Twoje stwierdzenia czasami wywracają mnie na miejscu) – mają absolutnie odmienne od mojego podejście. Niezależnie od tego co myślicie, nie należy wychodzić z założenia, ze ma się histeryczkę za żonę tylko dlatego, że zrobiła karczemną awanturę za rzucone gdzieś skarpetki. Pewnie chodzi jej o coś ważniejszego.

Panie z kolei powinny wreszcie sobie uświadomić, że foch nie rozwiązuje niczego. Facet naprawdę się nie domyśli, o co tak właściwie chodzi i całą akcje z oczekiwaniem na jego domyślenie się potraktuje jako złośliwość. Mężczyźni to proste istoty, które operują na prostych komunikatach. Można im po prostu powiedzieć, co się myśli bez zabawy w żadne gierki. Efekt będzie znacznie lepszy.
Sama rozmowa, czy nawet kłótnia, ma na celu zakomunikowanie realnych problemów. Nie ma się co oszukiwać, że jeśli istnieje realny problem, samo jego ogadanie okaże się panaceum na całe zło tego świata. Zazwyczaj jest to dopiero pierwszy krok do poszukiwania rozwiązania, chociaż nie raz udaje się w trakcie rozmowy rozwiać nieporozumienia, bardzo częstą przyczynę bezowocnych kłótni.

Żeby utorować sobie drogę do rozwiązań, kłócić się należy rzeczowo. W praktyce oznacza to przede wszystkim unikanie języka agresji. Sarkazm i ironią brzmią fajnie, kiedy ogląda się je na ekranie telewizora w wykonaniu dr House’a. W każdym innym wydaniu jest to obraźliwe dla naszego rozmówcy, powoduje w nim chęć do podnoszenia poziomu agresji i odgryzienia się  czymś równie nieprzyjemnym. Często można skupić się na samej ironii i zapomnieć, o co w całej kłótni chodziło.

Podobny problem to przekleństwa i obelgi. Ich użycie nie prowadzi do niczego konstruktywnego, a pamięć o nich ciąży. Kobiety powinny wiedzieć, że na mężczyznach nawet bardziej, niż na nich samych. Można sobie w ten sposób zatruć życie na długi czas, nawet jeśli sam problem podstawowy zostanie rozwiązany.

W kłótni należy patrzeć na swojego partnera i jego reakcje, ale jeśli nie będzie się brało pod uwagę swoich własnych uczuć, będzie to w nas buzowało i po jakiś czasie wybuchnie. Leży ci coś na wątrobie? Powiedz jej/jemu o tym. Byle spokojnie. Może z tego wyniknąć kłótnia na całego, ale wtedy wciskanie pauzę, uspokajacie się i dopiero wracacie do tematu.

Osobiście największy problem w kłótni mam ze słowem „przepraszam”. W męskim gronie żartujemy sobie często, że jest to ostateczny sposób na zakończenie kłótni niezależnie od tego, kto miał rację. W praktyce jednak jest to słowo, które pozwala w bardzo szybki sposób rozładować złe emocje nagromadzone w czasie kłótni. Jest to wyjątkowo skuteczne nawet wtedy, kiedy samemu nie ma się pełnego przekonania, że to słowo powinno paść z naszych ust. Nawet jeśli sytuacja nie jest jeszcze rozładowana, przeproszenie się za zbyt daleko idące oskarżenia lub za zbyt ciężkie słowa bardzo skutecznie otwiera pole do prowadzenia dalszej dyskusji.

Ciche dni, czyli droga donikąd

Moje małżeństwo skończyło się już dobre dwa lata temu i do teraz jeszcze nie za bardzo się z tego otrząsnęłam. Dobrze wiem, że wina była po obu stronach mniej więcej po równo i chociaż ja go kochałam i jestem pewna, że on kochał mnie, po prostu nie byliśmy w stanie na tyle pogodzić naszych charakterów, zrobić oboje odpowiednio dużych kroków wstecz, by mogło to zadziałać. Teraz od czasu do czasu wracam do rzeczy, które były dobre w naszym krótkim małżeństwie, ale czasami wracam też do tych, które były złe, szkodliwe i w efekcie destruktywne. Czy dzisiaj zrobiłabym niektóre rzeczy inaczej? Myślę, że tak, ale wiem też, że myślenie nie było często elementem podejmowania decyzji. Jednym z najgłupszych sposobów na kłócenie się, jakie w czasie małżeństwa wypracowaliśmy, były chyba ciche dni.

Jak wyglądają ciche dni, każdy chyba dobrze wie. W tym czasie po prostu ze sobą nie rozmawiamy, ignorujemy się i już. Czy karaliśmy się w ten sposób? Trudno powiedzieć, co właściwie chcieliśmy osiągnąć. Piszę my, ponieważ do tanga trzeba dwojga. Ja inicjowałam to fochem, ale on też nie miał nic przeciwko podtrzymywaniu stanu ciszy. Czasami nawet przez kilka dni.

Najgorsze w tym czasie było to, że obojgu się nam w głowach kotłowało.

Przypisywaliśmy sobie nawzajem najgorsze intencje, kłóciliśmy się w myślach sami z sobą, wysuwaliśmy oskarżenia… Po prostu masakra. Najgorsze było w tym wszystkim to, że zniszczenia były takie, jakbyśmy się faktycznie kłócili, a że tak naprawdę walczyliśmy sami ze sobą, oboje wiedzieliśmy, gdzie uderzyć, by odczuć to jak najbardziej boleśnie. Za zadawany sobie cios winą obarczaliśmy oczywiście drugą stronę.

Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to być najgłupsza rzecz na świecie, ale wtedy oczywiście tak nie czułam. Człowiek jest w żywiole i płynie po prostu z nurtem negatywnych emocji. Największym moim problemem do dzisiaj jest chyba to, że dalej nie wiem, jak przerwać ciche dni. Trwały one zawsze tak długo, aż nie zdarzyło się coś, co zmuszało nas do ich przerwania i zawsze był to jakiś czynnik zewnętrzny. Co będzie, jeśli teraz się z kimś zwiążę i znowu będziemy zatruwać sobie nawzajem życie cichymi dniami? Najlepszą receptą na nie jest chyba po prostu w ogóle ich nie zaczynać, ale przecież już wtedy moim celem nie było nieodzywanie się do niego przez kilka dni i jestem pewna, że on też wcale tego do końca nie chciał. Tak to już jakoś wychodziło. Dawno nie czułam się już tak podle jak teraz.

[wspomnień czar] Landrynkowe Walentynki!

W zeszłym tygodniu pisałam Wam o „wspomnieniach tłustego czwartku”. Dziś kontynuuję temat 🙂 Wspomnienia walentynek – idealny temat na środek wakacji! Idealny też na 0.5 rocznicę walentynek – dokładnie pół roku temu, dokładnie za pół roku… 14 lutego…

Czy tylko mnie absolutnie odrzuca na myśl, że znowu będzie luty i znowu będziemy musieli sobie sztucznie słodzić na każdym kroku? Ok, zostało pół roku. Tylko co z tego?! Przecież czas leci jak szalony! A ja po prostu nienawidzę walentynek. Czuję, że jest to tak sztuczne, jak to tylko jest możliwe i uniwersalne przesadzanie z tym tematem potrafi skutkować wręcz wstrętem do miłości jako takiej. Wszelkiej maści sprzedawcy bardziej wariują chyba tylko przed Bożym Narodzeniem, kiedy już w październiku sklepy są zawalone tymi wszystkimi Mikołajami, reniferami, choinkami oraz całym innym badziewiem z tym związanym. Już więcej umiaru mają przy okazji Wielkanocy. Jeśli będę chciał narzeczonej zrobić Walentynki jutro, to jej zrobię. Czasami mnie nachodzi i ma Walentynki w drugą środę mają czy trzeci poniedziałek listopada. Ale żeby mnie ktoś przymuszał do jakichś romantycznych uniesień akurat tego dnia?  Po moim trupie!

W ogóle żal mi jest kobiet, które traktują Walentynki jako okazję do dowartościowania się, bo im faceci za mało uwagi na co dzień poświęcają. Szczególnie żałosne jest to ostatnio, kiedy do kin wszedł film porno dla ubogich o 50 twarzach Greya, czy jak mu tam. Założę się, że większość panienek po obejrzeniu tego filmu będzie się czuła w swoim związku jeszcze gorzej, a facetowi tylko narąbią w głowie jakiejś sieczki i jeszcze pójdzie do sexshopu po pejcz. Śmiech przez łzy.

Kino w tym czasie to w ogóle paranoja. Pomijam już babskie filmy porno, bo to patologia, ale te wszystkie komedie romantyczne też są trudne do wytrzymania. Naprawdę. Jako facet, ogólnie ich nie lubię i jedynie czasami najdzie mnie na tego rodzaju film ochota. Szansa na to, żeby akurat ten kaprys mi się nałożył z konkretnym dniem w lutym, jest raczej malutka.

Gdyby to tylko ograniczało się do kina, pewnie bym przeżył. Niestety, nawet komórki nie można otworzyć, bo operator po raz kolejny przygotował specjalną, wręcz cudowną propozycję na kosmetyki. Zapłacę za nie pół ceny, jeśli tylko pójdę do sklepu, pomacham telefonem i wywrzeszczę „Walentynki!”. Już to widzę…

Zresztą najbardziej w tym wszystkim odrzuca mnie cała infantylność otoczenia Walentynek. Dorosły facet nie boi się misia z serduszkiem i czasami zwyczajnie lubi dać kwiaty. Gdyby tak to wyglądało, nie miałbym pretensji. W praktyce mamy jednak miliony takich samym misiów, wiązanki kwiatów przygotowane z rozdawnika do przekazywania „swojej jedynej” i tak dalej. Zresztą kobiety to przecież też nie są bezmózgie yeti, które na widok bombonierki w kształcie serca po prostu tracą głowę. Nie róbmy z siebie nawzajem idiotów.

Nie jesteśmy też istotami bez gustu. Mężczyźni rozróżniają trochę więcej kolorów, niż fajny… Rozróżniają też ich połączenia, szczególnie jeśli wszędzie dookoła mamy różowe misie z czerwonymi serduszkami, a do tego jeszcze jakieś bordowe kokardki i pastelowe kapelusiki. Naprawdę robi się niedobrze, a jak jeszcze dodamy do tego skalę napaści na nasz zmysł estetyczny, człowiekowi chce się krzyczeć. Nie chodzi nawet przecież tylko o nasze oczy. W samochodzie słucham radia i co? Walentynkowy repertuar. Włączę telewizor i co? Walentynkowe reklamy. Internet tak samo zawalony tym syfem. Już nawet nie chce mi się  wspominać przy okazji Internetu o wszystkich łańcuszkach typu „wyślij do 10 osób to znajdziesz miłość”, które przeżywają renesans w czasie tego pseudo święta. Przynajmniej dzięki nim zmniejsza mi się ilość głupich znajomych na Facebooku.

Już na koniec powiem tyle, że strasznie nie lubię być sterowany z góry przez mechanizmy mówiące mi, kiedy mam być zakochany, jak mam to robić i w jaki sposób wyrażać. Teraz ja będę infantylny: w moim związku czuję się tak, jakbym codziennie miał Walentynki, bo kiedy wychodzę z pracy i idę w kierunku domu, gdzie czeka na mnie Madzia z obiadem, momentalnie mija mi zmęczenie i zastanawiam się  tylko, co będę mógł dla niej zrobić, by poczuła się szczęśliwa. I wierzcie mi, w żadnym razie nie przyjdzie mi do głowy uszczęśliwianie jej według schematu oferowanego mi przez media na Walentynki.

ps. na blogu pojawił się nowy dział „uczucia” – jako że całkiem sporo o nich ostatnio piszę, myślę że się sprawdzi 🙂

Czas się zakochać

Wszyscy dookoła ciebie zakochują się i odkochują? Ty znowu zostajesz w tyle? Dlaczego? Tak naprawdę jest to tylko twój wybór, chociaż dróg do zakochania się jest bardzo wiele i działają one różnie na różne osoby. Sama wypróbowałam je wszystkie. Nie, nie chodzi mi tutaj o kochanie się w sensie fizycznym, bo aż tak się nie puszczam, żeby mieć „wszystkie” metody wypróbowane. Żyję po prostu na tym świecie dostatecznie długo, wyrozumieć, co się ze mną dzieje. Żyję świadomie. W miłości także.

Bo miłość wcale nie jest taka skomplikowana. Pierwsza miłość każdej z nas prawdopodobnie była taka sama. Pierwszy chłopak, ten piękny, nastoletni. Albo po prostu chłopak, który akurat był pod ręką i kiedy zaczynałyśmy zakochiwać się w nim stawał się dla nas piękny. Bo to jest właśnie pierwsza wersja miłości – czysta erotyka. Nasz pierwszy partner był po prostu mężczyzną. Tylko nim i aż nim. Miał określone cechy i następował wtedy imprint erotyczny. Co to takiego? Przypomnijcie sobie swoich przeszłych partnerów. Wszyscy byli dość podobni, prawda? Przynajmniej pod względem jednej podobnej cechy. Dla mnie to były brązowe oczy, chociaż zorientowałam się w tym dopiero, kiedy już wiedziałam czym jest imprint i zaczęłam szukać jego manifestacji.

Mechanizmy wpisywania się określonych wzorców w nasz mózg wcale nie są ograniczone tylko do fizyczności, chociaż w drugim ujęciu, aspekcie imprintu rodzica, także trochę fizyczności istnieje. Psychologowie zwalają zwykle wszystko na problemy w relacjach z matką, a dla nas, dla kobiet, gigantyczne znaczenie dla życia rodzinnego w przyszłości mają zawsze relacje z ojcem. Są dwa ekstrema: córeczka tatusia i ojciec oddalony. W pierwszym wypadku kobieta jest niezależna i silna, szuka mężczyzny, który będzie się o nią starał, będzie ja adorował. W drugim przypadku, kiedy ojciec był nieobecny ciałem i/lub duchem, efektem będzie poszukiwanie równie oddalonego partnera. W takim wypadku prawdopodobnie będziesz często zakochiwała się na „to skomplikowane”.

Najczęściej zakochują się kobiety, którym czegoś brakuje, coś im doskwiera. Nie są to wcale kobiety puszczalskie, ale po prostu wybrakowane emocjonalnie. Taki typowy przykład baby lecącej na starszego faceta z pieniędzmi może być dużo bardziej złożony. Jeśli twoja przyjaciółka szuka sobie starszych facetów i robi to z dość dużą regularnością (i nietrwałością), prawdopodobnie brakuje w jej życiu ciepła. Miłość nie tylko jest tutaj wartością samą w sobie, ale także sposobem na zrekompensowanie sobie czegoś innego. Ja nigdy nie musiałam mieć faceta, by czuć się dobrze, ale wiele z nas właśnie taka potrzebę posiada. Taka miłość oczywiście nie jest trwała, bo kiedy kobieta zaspokoi swoją potrzebę, samiec nie będzie już więcej potrzebny i poszuka sobie nowego, atrakcyjniejszego. Brutalne? Brutalne.

Inna zabawa to też zegar biologiczny. Ile z nas jeszcze do niedawna było wesołymi singielkami? A teraz tyknął porządnie zegar biologiczny, 30 urodziny były już dawno, więc trzeba było się wziąć za rodzinę. Tak po prostu. Jakoś na ten temat nie chce mi się za bardzo rozwodzić.

Więcej napiszę o mojej podstawowej opcji miłości, którą w retrospektywie stosowałam najczęściej. Chodzi o miłość udawaną, taką na próbę. Zaczynacie się umawiać, „kochacie się”, ale wszystko dopiero powoli się rozwija, bo na początku na pewno się nie kochacie. Lubimy się, fajnie spędza się ze sobą czas, potem seks też często jest fajny, ale właściwie jakiegoś większego uczucia nie ma. I nie ma znaczenia, czy mówicie sobie, że się kochacie czy nie. Czy to jest oszustwo? Długo się nad tym zastanawiałam, bo realnie mam problem z udzieleniem odpowiedzi na tak postawione pytanie. Wydaje mi się jednak, że nie jest to oszustwo, ponieważ z moim mężem właśnie zaczynaliśmy od czegoś takiego. Na początku po prostu łatwiej nam się żyło jako parze, a potem nie byliśmy już w stanie wyobrazić sobie innego życia. Nie tylko po prostu jako singla, ale jako osoby żyjącej bez swojej drugiej połówki. Teraz wręcz wydaje mi się, że taki rodzaj miłości jest zdecydowanie najprawdziwszy, bo nie pojawił się z kaprysu czy oczekiwań wyniesionych z domu.

Internetowe portale randkowe

Szukaliście kiedyś miłości w Internecie? Myślicie, że to ma sens?
Gdy byłam „pryszczatą nastolatką”, a Internet wchodził dopiero pod strzechy i do sal informatycznych w szkołach internetowe portale randkowe wydawały mi się czymś desperackim. Powtarzałam sobie zresztą, że jeśli nigdy nie znajdę szczęścia w miłości to skorzystam z tej formy wsparcia, skąd bowiem mogę wiedzieć, czy na sąsiednim osiedlu nie mieszka moja „druga połowa”, która jednak umyka mi w rzeczywistym świecie? Dziś stały dostęp do Internetu dla nikogo nie jest zaskoczeniem, a media coraz więcej uwagi poświęcają zagadnieniom takim, jak choćby uzależnienie od wirtualnego seksu.

Internetowe portale randkowe nie są już więc tajemnicze, a osoby, które z nich korzystają wcale nie są desperatami. Samo znajdowanie miłości w Internecie też nie wywołuje już sensacji i budzi raczej praktyczne zaciekawienie. Poznaliście się przez Internet? A z jakiego portalu korzystaliście?

Ale jak to jest z tą internetową miłością? Wydaje mi się, że różnic pomiędzy poznaniem się na portalu i poznaniem się w klubie wcale nie ma zbyt wielu. Na portalu randkowym nie rejestrujemy się przecież po to, aby w nieskończoność wysyłać sobie wiadomości z wyrazami sympatii. Zakładamy, że w pewnym momencie wsiądziemy w samochód lub tramwaj i pojedziemy do miasta szukać naszej ukochanej. A jeśli pojedziemy jej szukać to będzie dobrze, jeśli nie zafałszujemy swojego obrazu aż tak bardzo, aby nie rozpoznała w nas osoby, z którą korespondowała. Ciekawie o tym jakiś czas temu pisała Eclipce – tyle że jej podejście było odrobinę inne niż moje. Ona sugerowała że lekkie „zakrzywienie rzeczywistości” nie jest niczym złym. W końcu codziennie spotykamy się z różnego rodzaju zawodami miłosnymi/zawodowymi/koleżeńskimi. Jeden więcej nic nam złego nie zrobi a takie kłamstewko da nam większą szansę na spotkanie.

A co z samym zapotrzebowanie na wspomniane portale? Oczywiście, niektórzy analitycy tego zjawiska rozpaczają, że jest to najlepszy dowód na to, jak bardzo tracimy kontakt z rzeczywistością i jak oddalamy się od tego, co było dla nas naturalne jeszcze kilkanaście lat temu. Ja sama jestem jednak jak najdalsza od rozdzierania szat. Rzeczywiście, coraz więcej osób narzeka, że ma problemy ze znalezieniem kogoś, z kim można się związać, a ja sama mam znajomych, którzy poznali się na portalu randkowym, nie są to jednak wcale osoby chorobliwie nieśmiałe, zakompleksione albo mające jakieś poważne problemy ze swoją psychiką i szukające sposobu na wykreowanie na nowo swojej osobowości. Portale randkowe były w ich wypadku naturalną konsekwencją nawału zajęć, konieczności dostosowania się do życia w wielkim mieście albo sposobem na przełamanie monotonii.

Co ciekawe, nie brakuje osób, którym wcale nie jest bliska moja filozofia z czasów dojrzewania. Skoro nie udaje nam się znaleźć nikogo w realnym świecie, dlaczego zamykać sobie wszystkie drzwi? Jeśli Internet może być szansą na miłość, dlaczego mielibyśmy z tej szansy zrezygnować? Czy argumentem ma być przekonanie niektórych osób znajdujących się w naszym otoczeniu, że nie jest to sposób najbardziej elegancki albo najstosowniejszy? Na pewno nie!

Oczywiście, internetowe portale randkowe to nie tylko szansa na miłość, ale i całkiem spore realne ryzyko, a korzystanie z nich powinno bazować na pewnych zasadach. To już jednak całkiem inny temat.