Czy mały pokój musi być składowiskiem gratów?

Gdy wspominam entuzjazm, z jakim przygotowałam się do urządzania mojego mieszkania, muszę się zaśmiać, choć nie będę Was oszukiwać – śmiech jest nieco ironiczny. Moje wizje tego, jak będzie wyglądał salon zachwyciłyby pewnie każdego projektanta wnętrz, a najbliżsi znajomi, z którymi od samego początku dość chętnie się nimi dzieliłam, od samego początku spoglądali na mnie z pewnymi obawami. Z pewnością zastanawiali się nad tym, który z nich powinien mi powiedzieć jako pierwszy, że mój wymarzony salon ma szesnaście metrów kwadratowych, a więc nieco zbyt mało miejsca, jeśli zależy mi na realizacji każdego z moich odważnych planów. Jeśli mam być zresztą szczera to muszę przyznać, że mi samej dość mocno zrzedła mina, gdy sobie to uświadomiłam. Mimo wszystko, mój salon nie przypomina graciarni, można spokojnie się po nim przespacerować, a do tego nie ma się wrażenia, że spaceruje się po antykwariacie (przeglądając blogi modowe, nie ja jedna mam taki problem i nie ja jedna sobie z nim poradziłam :)). Jak mi się to udało? Oczywiście, nie wymyślałam wszystkiego sama. Znacznie bardziej opłacalne wydawało mi się skorzystanie z kilku dość często pojawiających się rad.

Rada pierwsza – mały pokój nie jest miejscem, na rzeczy niepotrzebne. Podobno najlepiej czujemy się w towarzystwie przedmiotów, których obecność budzi nam przyjemność. Mogą być to rozwiązania, które nam się spodobały, mogą być to jednak również rzeczy, których wartość sentymentalna przewyższa wartość nominalną. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku należy jednak dbać o to, aby nie odpychały swoim wyglądem i przeznaczeniem. Jeśli pokój jest wypełniony przez przedmioty, których nie lubimy, najprawdopodobniej nigdy nie polubimy też samego pomieszczenia, w którym dane przedmioty się znajdują. Owszem, możemy sobie tłumaczyć, że są one funkcjonalne i na swój sposób urokliwe, próżny jest jednak nasz trud – nie mamy szans na harmonię z tym, co budzi naszą niechęć. Lepiej więc takich rozwiązań po prostu unikać.

Rada druga – jeden mebel, a wiele funkcji. Meble wielofunkcyjne to żadna nowość. Wystarczy przypomnieć sobie meblościanki, które zdobiły niegdyś mieszkania naszych rodziców i krewnych. Oczywiście, meblościanka nie jest może najtrafniejszym porównaniem, funkcjonalność bardzo często nie szła bowiem w parze z atrakcyjnym wyglądem. Na szczęście, teraz problem jest znacznie mniej dotkliwy, producenci mebli wielofunkcyjnych nie zapominają bowiem, że powinny być one ozdobą. Jeśli więc pokój jest niewielki, warto pomyśleć o łóżku z wydzieloną przestrzenią na pościel, rozkładanym stole oraz o lampie, której wysokość można modyfikować w zależności od naszych aktualnych potrzeb.

Rada trzecia – ostrożnie z dodatkami. Chyba najboleśniej zniosłam świadomość tego, że w niewielkim salonie nie ma zbyt wiele miejsca na dodatki. Na szczęście, szybko zorientowałam się, że ich nadmiar wcale nie sprawia, że salon zyskuje niepowtarzalny charakter, ale przyczynia się do tego, że zaczyna przypominać jakieś ponure składowisko gratów. Rezygnacja z niektórych ozdób wymagała ode mnie pewnej determinacji, niejako w zastępstwie odkryłam jednak, że niektóre dodatki mogą być wyjątkowo funkcjonalne. Najbardziej klasycznym rozwiązaniem wydają się w tym kontekście kolorowe kartony, które ciekawie się prezentują, a jednocześnie mogą zrekompensować nam brak większej liczby szuflad, ale rozwiązań takich jest znacznie więcej.

Jak wyrazić siebie poprzez sztukę?

Sztuka – większość z nas nie wyobraża sobie bez niej swojego życia. Jest ona rzecz jasna dość szerokim pojęciem i może odnosić się do najróżniejszych dziedzin, od muzyki, poprzez malarstwo aż po literaturę. Trudno jest dziwić się temu, że dla wielu ludzi stanowi ona właściwie integralną część codzienności. To właśnie ona stanowi urozmaicenie naszego życia i sprawia, że nie jest ono tak szare i nudne. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że większość osób traktuję sztukę jako coś, czym zajmują się wyłącznie inni ludzie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że piękno sztuki polega właśnie na tym, że może się nią zajmować dosłownie każdy. Nie potrzebujemy do tego żadnych wielkich talentów, bowiem nie chodzi o to, aby zostać wybitnym artystą. Sam swego czasu zacząłem zajmować się tym zupełnie amatorsko i gwarantuję – życie od razu staje się o wiele ciekawsze. Co więcej, sztuka oferuje wiele ciekawych możliwości. W moim przypadku była to muzyka***, ale każdy może wybrać coś według własnych preferencji.

Wyraź siebie przez muzykę

Większość z nas posiada swoich ulubionych muzyków – głównie wokalistów lub gitarzystów – których podziwiamy całym sercem. Z zazdrością obserwujemy ich umiejętności i myślimy sobie, jak wspaniale byłoby umieć wyczyniać ze swoim głosem czy instrumentem tak niesamowite rzeczy. Takie podejście jest jednak błędne, i przyznam, że sama miałam je przez bardzo długi czas. Kiedy jednak sięgnęłam po gitarę i zaczęłam swoją naukę bardzo szybko przekonałam się, że nie chodzi tutaj wyłącznie o osiąganie wybitnego poziomu umiejętności. Sama nauka, rozwijanie się i tworzenie własnych rzeczy daje największą przyjemność. Właśnie: tworzenie. Sama uświadomiłam sobie to, że tworzenie własnych utworów jest niesamowicie ciekawe i wcale nie mam ambicji, aby stały się one wielkimi przebojami. Mało tego, nawet nie trafiają one do szerszej publiczności. Świetnym pomysłem jest po prostu nagrywanie czegoś własnego w domu i wrzucanie tego do internetu – wbrew pozorom, nie są do tego potrzebne ani wielkie umiejętności, ani też zaawansowany sprzęt.

Inne formy sztuki

Muzyce poświęciłem tu osobny akapit, bowiem jest to „moja” forma sztuki; niemniej jednak uważam, że możliwości są tutaj o wiele szersze. Wielu ludzi ma na przykład ogromny talent pisarski, którego zwyczajnie nie wykorzystują. Tymczasem dzielenie się swoją twórczością z innymi jest obecnie tak proste, jak jeszcze nigdy wcześniej – w internecie działa przecież mnóstwo stron skupiających miłośników literatury, na których można zamieścić swoje własne utwory. Podobnie zresztą jest z malarstwem czy fotografią.

Zainteresowanie sztuką jest moim zdaniem czymś jak najbardziej pozytywnym. Warto spróbować własnych sił w takiej twórczości, niekoniecznie z ambicją zostania wybitnym artystą w swojej dziedzinie. Tworzenie własnych rzeczy dla przyjemności jest jedną z najciekawszych pasji, jakimi tylko możemy zajmować się w życiu.

***tak, wiem że zaraz zarzucicie mi że skaczę z kwiatka na kwiatek. „A co się stało z fotografią??”.. Spokojnie – ona jest cały czas. Po prostu uważam że warto mieć 2-3 różne hobby i rozwijać się w każdym z obranych w ten sposób kierunków 😉

Jakie są granice inwigilacji własnego dziecka?

Jeśli liczycie tutaj na jakieś konkretne odpowiedzi, to się bardzo zawiedziecie, bo ja ich po prostu nie mam. Ostatnio ten problem stał się w mojej rodzinie bardzo poważny i zastanawiam się, jak prawidłowo do niego podejść. Jestem za, a nawet przeciw. Pasują mi niektóre metody, ale źle się z nimi mimo wszystko czuję. Chcę być z dziećmi otwarta, chcę działać na poziomie partnerskim, ale wiem, że dzieci potrzebują rodzica, a nie psiapsiółki…

Zacznę może od tego, że cała afera wzięła się od tego, że znalazłam na telefonie mojego dwunastoletniego Marka pornografię. Nie byłoby w tym jeszcze nic takiego strasznego, bo dzieci w normalny sposób w tym wieku zaczynają się interesować tym i tamtym. Ich zainteresowanie jest też głównie teoretyczne. Przynajmniej na razie Marek jeszcze obraca się głównie w towarzystwie kolegów, nie koleżanek. Jestem spokojna i nie boje się, że zacznie się bawić w jakieś „słoneczka”.

Sęk w tym, że była to dość nieprzyjemna pornografia, która dzieciakowi może w głowie namieszać, a do tego jak już to znalazł, nie omieszkał pochwalić się znaleziskiem swojej dwa lata młodszej siostrze, Krysi. To właśnie z protestów Krysi po otrzymaniu wiadomości z załącznikiem dowiedziałam się, że coś jest nie tak. Oczywiście zupełnym przypadkiem, bo nie przyszła z tym do mnie, ale darła się po Marku, ten się śmiał, a ja się zainteresowała.

Pytanie teraz, w jaki sposób odciąć dzieciakom dostęp do takich treści? Mechanizmów kontroli rodzicielskiej jest naprawdę dużo, ale są potężnie zróżnicowane i do tego nie wszystkie są w porządku. Na przykład usługi sieci komórkowych i specjalne programy do tzw. lokalizowania telefonu (na tej stronie znajdziecie dużo programów dla Waszych pociech) uruchamiane w tle na telefonie dziecka, dzięki którym w każdej chwili można poznać jego lub jej pozycję. Przez moment miałam to zainstalowane, ale źle się z tym czułam. Za każdym razem, kiedy sprawdzałam ich pozycje i byli tam, gdzie mówili, że są, miałam straszne wyrzuty sumienia i czułam się jak najgorsza matka świata. Nie to jednak było największym problemem.

Ufam ogólnie dzieciom, że nie pójdą tam, gdzie nie powinny być, ale chciałabym ukrócić w możliwie daleko idącym stopniu (dobrze wiem, że w 100% nigdy się nie uda) dostęp do twardej pornografii. Rozwiązania ogólnie mogą tutaj być dwa. Pierwsze podejście to blokowanie treści i one stwarza mniej problemów. Po prostu instaluję programy, które filtrują strony z pornografią i już. W ten sposób nie muszę nikogo inwigilować tak naprawdę i mogę czuć się z tym dobrze. No nie do końca właśnie, bo młodzi zawsze znajdą sposób. Chociaż znam się trochę na komputerach, to nie mam wątpliwości, że Marek na pewno da sobie radę z pokonaniem, przynajmniej w jakimś stopniu, wszystkich zabezpieczeń, jakie na niego nałożę.

Druga opcja jest dużo bardziej skuteczna, ponieważ w największym uproszczeniu polega na tym, by logować wszystko, co dzieci robią na swoich telefonach i komputerach. Nie zablokuje im to dostępu do niepożądanych treści w znaczeniu dosłownym, ponieważ jeśli będą chcieć się do nich dostać, nic nie będzie stało na przeszkodzie. Pojawi się jednak nieuchronnie topór nad ich głowami, bo jak sobie siądę do logów i zacznę je przeglądać, bardzo szybko dowiem się, że zrobili coś nie tak. Tutaj też jednak jest problem, bo samo zapisywanie historii przeglądania nie wystarcza. Trzeba zapisywać po prostu wszystko, także wszystkie informacje wysyłane przez nich do innych osób. Musiałabym po prostu stać się wielkim bratem, a właściwie wielką siostrą. Znalezienie nieodpowiednich treści wymagałoby ode mnie przecież po prostu przeszukania całości aktywności dziecka na telefonie. Pomijam już fakt, jak wielka ilość danych by to była.

Nie wiem, czy są rodzice, dla których coś takiego nie łączy się z poczuciem zupełnego deptania prywatności i indywidualności dziecka. Dla mnie to na dzisiaj jest nie do pomyślenia, ale nie wiem, jak zachowam się, jeśli kiedyś znajdę jeszcze coś w tym stylu, co znalazłam poprzednio. Na dzisiaj nie chcę nikogo specjalnie osądzać, bo sama nie wiem, jak się sprawa potoczy. Na pewno nie mogę zostawić spraw ich własnemu biegowi.

Ciche dni, czyli droga donikąd

Moje małżeństwo skończyło się już dobre dwa lata temu i do teraz jeszcze nie za bardzo się z tego otrząsnęłam. Dobrze wiem, że wina była po obu stronach mniej więcej po równo i chociaż ja go kochałam i jestem pewna, że on kochał mnie, po prostu nie byliśmy w stanie na tyle pogodzić naszych charakterów, zrobić oboje odpowiednio dużych kroków wstecz, by mogło to zadziałać. Teraz od czasu do czasu wracam do rzeczy, które były dobre w naszym krótkim małżeństwie, ale czasami wracam też do tych, które były złe, szkodliwe i w efekcie destruktywne. Czy dzisiaj zrobiłabym niektóre rzeczy inaczej? Myślę, że tak, ale wiem też, że myślenie nie było często elementem podejmowania decyzji. Jednym z najgłupszych sposobów na kłócenie się, jakie w czasie małżeństwa wypracowaliśmy, były chyba ciche dni.

Jak wyglądają ciche dni, każdy chyba dobrze wie. W tym czasie po prostu ze sobą nie rozmawiamy, ignorujemy się i już. Czy karaliśmy się w ten sposób? Trudno powiedzieć, co właściwie chcieliśmy osiągnąć. Piszę my, ponieważ do tanga trzeba dwojga. Ja inicjowałam to fochem, ale on też nie miał nic przeciwko podtrzymywaniu stanu ciszy. Czasami nawet przez kilka dni.

Najgorsze w tym czasie było to, że obojgu się nam w głowach kotłowało.

Przypisywaliśmy sobie nawzajem najgorsze intencje, kłóciliśmy się w myślach sami z sobą, wysuwaliśmy oskarżenia… Po prostu masakra. Najgorsze było w tym wszystkim to, że zniszczenia były takie, jakbyśmy się faktycznie kłócili, a że tak naprawdę walczyliśmy sami ze sobą, oboje wiedzieliśmy, gdzie uderzyć, by odczuć to jak najbardziej boleśnie. Za zadawany sobie cios winą obarczaliśmy oczywiście drugą stronę.

Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to być najgłupsza rzecz na świecie, ale wtedy oczywiście tak nie czułam. Człowiek jest w żywiole i płynie po prostu z nurtem negatywnych emocji. Największym moim problemem do dzisiaj jest chyba to, że dalej nie wiem, jak przerwać ciche dni. Trwały one zawsze tak długo, aż nie zdarzyło się coś, co zmuszało nas do ich przerwania i zawsze był to jakiś czynnik zewnętrzny. Co będzie, jeśli teraz się z kimś zwiążę i znowu będziemy zatruwać sobie nawzajem życie cichymi dniami? Najlepszą receptą na nie jest chyba po prostu w ogóle ich nie zaczynać, ale przecież już wtedy moim celem nie było nieodzywanie się do niego przez kilka dni i jestem pewna, że on też wcale tego do końca nie chciał. Tak to już jakoś wychodziło. Dawno nie czułam się już tak podle jak teraz.

Nie zazdrość, nie daj zazdrościć

Od dzieciństwa, najwcześniejszego dzieciństwa, uczy się nas, że zazdrość to coś złego. Adam Mickiewicz wielkim poetą był, a zazdrość zła jest. I basta. Nie myślimy o tym, nie kwestionujemy, tylko przyjmujemy na wiarę i już. Dlatego właśnie takim wielkim szokiem było dla mnie uświadomienie sobie ostatnio, że strasznie zazdroszczę dwóm koleżankom z pracy. Na początku wypierałam z umysłu tę myśl, ale dość szybko zdałem sobie sprawę, że to nie ma najmniejszego sensu i trzeba po prostu coś z tym zrobić, bo zazdrość mnie zje.

Jestem człowiekiem raczej otwartym i nie boję się rozmowy. Nie przesadzam z tym oczywiście i nie należę do kobiet, które płaczą na filmach romantycznych. Rozmowa uzdrawia, rozmowa oczyszcza i to właśnie było moim celem.

Usiadłyśmy razem przy kawie w czasie przerwy i po prostu im to powiedziałam. Dwie niezależne, inteligentne kobiety, na stanowisku równym z moim, ale zarabiające trochę więcej. To był jeden z elementów mojej zazdrości, ale znacznie ważniejsze było to, że dowiedziałam się o ich prowadzonym równocześnie projekcie odnośnie budowy domów w Afryce. Sama po pracy najczęściej siadam z piwkiem albo lampką wina i po prostu nie mam siły na nic, a one robią nawet trochę więcej ode mnie, bo mają obowiązki nadzorcze i do tego jeszcze to.

Myślałam, że się na mnie obrażą albo przynajmniej stosunki między nami zmienią się na bliżej nieokreśloną neutralność. Zadziwiły mnie, bo powiedziały chórem, że jak najbardziej rozumieją sytuację. Powiedziały mi, że między sobą czują zazdrość non stop i jest to jedno z najsilniejszych odczuć wpływających na ich motywację.

Wytłumaczyły mi, że zazdrościć można na dwa sposoby. Pierwszy z nich jest niszczący, ponieważ związany jest z poczuciem, że ktoś inny ma coś, co mu się nie należy. Widzimy sąsiadkę z nowym samochodem, mamy go za idiotkę i zazdrościmy jej, że ona ma, a my nie. To nie była moja zazdrość.

Drugi rodzaj zazdrości wynika z tego, że patrzymy na innych i zastanawiamy się, dlaczego tacy nie jesteśmy. Patrzymy na ten samochód sąsiada i plujemy sobie w brodę, że nie poszliśmy na życiowym zakręcie w kierunku, który też by nam taki samochód dał. Ja patrzę na nie i chciałbym mieć siłę do zrobienia czegoś dobrego jeszcze po pracy. Tak rozumiana zazdrość w żadnym razie nie jest uczuciem negatywnym w stosunku do drugiej osoby. Jeśli już chcemy się  doszukiwać jakichś elementów negatywnych, jest to wyrzut w stosunku do siebie samego, że wczoraj i przedwczoraj mi się nie chciało, a teraz przed oczami staje mi ucieleśnienie przełamania marazmu. I nie jest to bynajmniej moje odbicie w lustrze.

Zazdrość nie musi być toksyczna. Wystarczy tylko przekuć ją najpierw w admirację, a potem zrobić krok dalej i zacząć dążyć do poziomu, którego zazdrościmy drugiej osobie. W ten sposób naprawdę możemy się skutecznie nakręcić i to tylko i wyłącznie pozytywnie. Może warto by było skończyć uczeniem dzieci, że zazdrość jest zawsze zła? Przecież to nie jest prawda. Podobnie jest przecież z chciwością (ps. chcę mieć tyle odwiedzin na blogu co Karol! ;P), ale to niech już będzie temat na inną okazję.

A może byśmy zrobili z randek internetowych serwis konsumencki?

Jak chyba większość singli z mojego otoczenia, od całkiem dawna korzystam z różnych serwisów randkowych. Na razie miałam dość zmienne szczęście, ale niespecjalnie mogę narzekać. Fakt, że jest kilka rzeczy, które bym na tych portalach poprawiła i jedną z nich chciałabym się  podzielić z wami tutaj. O co chodzi? Pozwólcie, że zacznę od początku.

Małe i większe rozczarowania. Co was najbardziej denerwuje na portalach randkowych? Dla mnie są to sami użytkownicy. Rozmawiasz z takim kolesiem i on… Nie, pierwszy problem jest w ogóle wtedy, kiedy przeglądam jego profil. Już wiele razy mi się zdarzyło, że czytam o kolesiu, jak to brunet ma bujne włosy i 185 centymetrów wzrostu, a potem z ekranu spogląda na ciebie łysiejący szatyn, który w trakcie spotkania patrzy na brodę, bo założyłam szpilki i niestety mogę jego łysinę oglądać z bliska. Nie chodzi mi nawet o to, że jest niski. Nie w tym sęk. Chodzi o to, że kłamie na temat tak bardzo podstawowych rzeczy. A co z tymi bardziej subtelnymi?

Portal fantasy. Prawdziwe fantazjowanie zaczyna się, kiedy dochodzimy do zainteresowań, sposobów spędzania wolnego czasu i na przykład hobby. Moi ulubieni są chyba gitarzyści, z którymi jako zapalona fanka gitary lubię zawsze szczególnie pogadać, a po 2 minutach okazuje się, że 10 lat temu poszedł na dwie lekcje gry i dalej mieni się gitarzystą. Tego samego rodzaju wałki latają w kwestii filmów, wykształcenia, książek, sportu… W zasadzie wszystkiego.

Zweryfikujmy to! Na pewno nie byłam pierwszą, która dała się nabrać na Staszka o wzroście siedzącego psa, który miał być wielkoludem, czy na szczupłego blondyna o obwodzie pasa kobiety w ciąży. I co? I nic. Następne też się na nich nabiorą, ponieważ nie ma sposobu na zweryfikowanie tego typu informacji. Nie ma? Ależ jest! Wystarczy dać jak w serwisach aukcyjnych czy sklepach możliwość oceny „przedmiotu”. Banalne, prawda? Raz sie sparzę, to potem napiszę takiemu fagasowi, że 185 centymetrów to on ma, jak skacze na trampolinie. Niech ludzi nie robi w konia!

Savoir vivre. Jeśli chodzi o same cechy podstawowe, to tak naprawdę nie jest jeszcze jakoś bardzo źle. Niech tam sobie będzie trochę niższy, nich przecenia umiejętności gry na gitarze i tak dalej. Sama mam trochę większe cycki na zdjęciu profilowym, niż to jest naprawdę, ale czasami trafi się jakaś totalna świnia, którą warto byłoby napiętnować. „Mietek spóźnił się kwadrans” – negatyw. „Czesław zabrał mnie do taniej speluny na kolację” – negatyw. „Po trzeciej randce nie chciał wejść na górę” – potrójny negatyw!

No oczywiście byłyby też rzeczy pozytywne. Dlaczego by nie pisać „Krystian ma świetne poczucie humoru” – pozytyw. Albo „Wiesiek trzyma ręce przy sobie” – negatyw! Jeśli czyta to ktoś odpowiedzialny za portale randkowe, to nich się zastanowi. Ja się na coś takiego piszę!

Witaj, Aniu!

Witaj w WordPressie Anki!

Jeśli trafiłaś tutaj przypadkiem – cieszę się że mogę Cię poznać. Mam nadzieję że spodoba Ci się mój styl i tematyka. Jeśli nie – wpadnij za jakiś czas. Blog stale się rozwija i już wkrótce może się pojawić coś co z pewnością trafi w Twój gust 🙂

Jeśli zaś już mnie znasz to tym bardziej powinnaś zostać na dłużej. Nie będzie zbyt wiele o mnie: publikować będę raczej swoje przemyślenia i pomysły na życie.

Co dokładnie zapytasz 😉 Ano wszystko co tylko wpadnie mi do głowy i będę uważała że jest to przydatne.

PS. zajrzyj do kolejnego wpisu 🙂