Czas się zakochać

Wszyscy dookoła ciebie zakochują się i odkochują? Ty znowu zostajesz w tyle? Dlaczego? Tak naprawdę jest to tylko twój wybór, chociaż dróg do zakochania się jest bardzo wiele i działają one różnie na różne osoby. Sama wypróbowałam je wszystkie. Nie, nie chodzi mi tutaj o kochanie się w sensie fizycznym, bo aż tak się nie puszczam, żeby mieć „wszystkie” metody wypróbowane. Żyję po prostu na tym świecie dostatecznie długo, wyrozumieć, co się ze mną dzieje. Żyję świadomie. W miłości także.

Bo miłość wcale nie jest taka skomplikowana. Pierwsza miłość każdej z nas prawdopodobnie była taka sama. Pierwszy chłopak, ten piękny, nastoletni. Albo po prostu chłopak, który akurat był pod ręką i kiedy zaczynałyśmy zakochiwać się w nim stawał się dla nas piękny. Bo to jest właśnie pierwsza wersja miłości – czysta erotyka. Nasz pierwszy partner był po prostu mężczyzną. Tylko nim i aż nim. Miał określone cechy i następował wtedy imprint erotyczny. Co to takiego? Przypomnijcie sobie swoich przeszłych partnerów. Wszyscy byli dość podobni, prawda? Przynajmniej pod względem jednej podobnej cechy. Dla mnie to były brązowe oczy, chociaż zorientowałam się w tym dopiero, kiedy już wiedziałam czym jest imprint i zaczęłam szukać jego manifestacji.

Mechanizmy wpisywania się określonych wzorców w nasz mózg wcale nie są ograniczone tylko do fizyczności, chociaż w drugim ujęciu, aspekcie imprintu rodzica, także trochę fizyczności istnieje. Psychologowie zwalają zwykle wszystko na problemy w relacjach z matką, a dla nas, dla kobiet, gigantyczne znaczenie dla życia rodzinnego w przyszłości mają zawsze relacje z ojcem. Są dwa ekstrema: córeczka tatusia i ojciec oddalony. W pierwszym wypadku kobieta jest niezależna i silna, szuka mężczyzny, który będzie się o nią starał, będzie ja adorował. W drugim przypadku, kiedy ojciec był nieobecny ciałem i/lub duchem, efektem będzie poszukiwanie równie oddalonego partnera. W takim wypadku prawdopodobnie będziesz często zakochiwała się na „to skomplikowane”.

Najczęściej zakochują się kobiety, którym czegoś brakuje, coś im doskwiera. Nie są to wcale kobiety puszczalskie, ale po prostu wybrakowane emocjonalnie. Taki typowy przykład baby lecącej na starszego faceta z pieniędzmi może być dużo bardziej złożony. Jeśli twoja przyjaciółka szuka sobie starszych facetów i robi to z dość dużą regularnością (i nietrwałością), prawdopodobnie brakuje w jej życiu ciepła. Miłość nie tylko jest tutaj wartością samą w sobie, ale także sposobem na zrekompensowanie sobie czegoś innego. Ja nigdy nie musiałam mieć faceta, by czuć się dobrze, ale wiele z nas właśnie taka potrzebę posiada. Taka miłość oczywiście nie jest trwała, bo kiedy kobieta zaspokoi swoją potrzebę, samiec nie będzie już więcej potrzebny i poszuka sobie nowego, atrakcyjniejszego. Brutalne? Brutalne.

Inna zabawa to też zegar biologiczny. Ile z nas jeszcze do niedawna było wesołymi singielkami? A teraz tyknął porządnie zegar biologiczny, 30 urodziny były już dawno, więc trzeba było się wziąć za rodzinę. Tak po prostu. Jakoś na ten temat nie chce mi się za bardzo rozwodzić.

Więcej napiszę o mojej podstawowej opcji miłości, którą w retrospektywie stosowałam najczęściej. Chodzi o miłość udawaną, taką na próbę. Zaczynacie się umawiać, „kochacie się”, ale wszystko dopiero powoli się rozwija, bo na początku na pewno się nie kochacie. Lubimy się, fajnie spędza się ze sobą czas, potem seks też często jest fajny, ale właściwie jakiegoś większego uczucia nie ma. I nie ma znaczenia, czy mówicie sobie, że się kochacie czy nie. Czy to jest oszustwo? Długo się nad tym zastanawiałam, bo realnie mam problem z udzieleniem odpowiedzi na tak postawione pytanie. Wydaje mi się jednak, że nie jest to oszustwo, ponieważ z moim mężem właśnie zaczynaliśmy od czegoś takiego. Na początku po prostu łatwiej nam się żyło jako parze, a potem nie byliśmy już w stanie wyobrazić sobie innego życia. Nie tylko po prostu jako singla, ale jako osoby żyjącej bez swojej drugiej połówki. Teraz wręcz wydaje mi się, że taki rodzaj miłości jest zdecydowanie najprawdziwszy, bo nie pojawił się z kaprysu czy oczekiwań wyniesionych z domu.

Nie zazdrość, nie daj zazdrościć

Od dzieciństwa, najwcześniejszego dzieciństwa, uczy się nas, że zazdrość to coś złego. Adam Mickiewicz wielkim poetą był, a zazdrość zła jest. I basta. Nie myślimy o tym, nie kwestionujemy, tylko przyjmujemy na wiarę i już. Dlatego właśnie takim wielkim szokiem było dla mnie uświadomienie sobie ostatnio, że strasznie zazdroszczę dwóm koleżankom z pracy. Na początku wypierałam z umysłu tę myśl, ale dość szybko zdałem sobie sprawę, że to nie ma najmniejszego sensu i trzeba po prostu coś z tym zrobić, bo zazdrość mnie zje.

Jestem człowiekiem raczej otwartym i nie boję się rozmowy. Nie przesadzam z tym oczywiście i nie należę do kobiet, które płaczą na filmach romantycznych. Rozmowa uzdrawia, rozmowa oczyszcza i to właśnie było moim celem.

Usiadłyśmy razem przy kawie w czasie przerwy i po prostu im to powiedziałam. Dwie niezależne, inteligentne kobiety, na stanowisku równym z moim, ale zarabiające trochę więcej. To był jeden z elementów mojej zazdrości, ale znacznie ważniejsze było to, że dowiedziałam się o ich prowadzonym równocześnie projekcie odnośnie budowy domów w Afryce. Sama po pracy najczęściej siadam z piwkiem albo lampką wina i po prostu nie mam siły na nic, a one robią nawet trochę więcej ode mnie, bo mają obowiązki nadzorcze i do tego jeszcze to.

Myślałam, że się na mnie obrażą albo przynajmniej stosunki między nami zmienią się na bliżej nieokreśloną neutralność. Zadziwiły mnie, bo powiedziały chórem, że jak najbardziej rozumieją sytuację. Powiedziały mi, że między sobą czują zazdrość non stop i jest to jedno z najsilniejszych odczuć wpływających na ich motywację.

Wytłumaczyły mi, że zazdrościć można na dwa sposoby. Pierwszy z nich jest niszczący, ponieważ związany jest z poczuciem, że ktoś inny ma coś, co mu się nie należy. Widzimy sąsiadkę z nowym samochodem, mamy go za idiotkę i zazdrościmy jej, że ona ma, a my nie. To nie była moja zazdrość.

Drugi rodzaj zazdrości wynika z tego, że patrzymy na innych i zastanawiamy się, dlaczego tacy nie jesteśmy. Patrzymy na ten samochód sąsiada i plujemy sobie w brodę, że nie poszliśmy na życiowym zakręcie w kierunku, który też by nam taki samochód dał. Ja patrzę na nie i chciałbym mieć siłę do zrobienia czegoś dobrego jeszcze po pracy. Tak rozumiana zazdrość w żadnym razie nie jest uczuciem negatywnym w stosunku do drugiej osoby. Jeśli już chcemy się  doszukiwać jakichś elementów negatywnych, jest to wyrzut w stosunku do siebie samego, że wczoraj i przedwczoraj mi się nie chciało, a teraz przed oczami staje mi ucieleśnienie przełamania marazmu. I nie jest to bynajmniej moje odbicie w lustrze.

Zazdrość nie musi być toksyczna. Wystarczy tylko przekuć ją najpierw w admirację, a potem zrobić krok dalej i zacząć dążyć do poziomu, którego zazdrościmy drugiej osobie. W ten sposób naprawdę możemy się skutecznie nakręcić i to tylko i wyłącznie pozytywnie. Może warto by było skończyć uczeniem dzieci, że zazdrość jest zawsze zła? Przecież to nie jest prawda. Podobnie jest przecież z chciwością (ps. chcę mieć tyle odwiedzin na blogu co Karol! ;P), ale to niech już będzie temat na inną okazję.

Potęga uśmiechu

Dzisiaj trzeba być twardą osobą. Bezwzględny twardziel, który nigdy się nie uśmiecha i zawsze ma zaciśnięte w złości żeby? O tak! A można pójść też drugą stronę, czyli w mięciutkie, ciepłe kluchy, które zazwyczaj są smutne lub w ogóle zapłakane. Czy takie coś pasuje w dzisiejszej kulturze? Jak najbardziej. Teraz jeszcze pojawiają się inne, nawet bardzo dziwne metody na kroczenie przez życie. Uderza mnie w nich to, że wszystkie one są pozbawione uśmiechu. Ba, większość z nich traktuje go wręcz alergicznie i nie chce mieć z nim nic do czynienia. No, może akceptuje go w postaci śmiechu będącego odpowiedzią na dobry dowcip, ale iść z uśmiechem przez życie, dosłownie – z uśmiechem na twarzy? To raczej dzisiaj nie przechodzi. Ja postanowiłam być tutaj wyjątkiem i idzie mi naprawdę bardzo dobrze.

Tak po prostu się uśmiechasz? Tak, tak po prostu się uśmiecham! Bardzo często spotykam się nawet z bardzo negatywnymi reakcjami typu „czego się cieszysz”, ale niespecjalnie zbija mnie to z tropu. Wychodzę po prostu z założenia, że uśmiech ma znacznie transcendentalne, które manifestuje się dla mnie tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Czy moja koncepcja jest bardzo skomplikowana? Raczej nie.

Uśmiech wewnętrzny. Ktoś mi może zarzucić, że mój uśmiech jest nieszczery, ale co w zasadzie ma być nieszczerego w moim uśmiechu? Jest to dla mnie wręcz odruch, dzięki któremu jestem w stanie cały czas wrzucać samego siebie na pozytywne tory. Uśmiecham się także wtedy, kiedy źle się czuję lub po prostu nie mam ochoty się śmieć, nie cieszę się. Właśnie wtedy ludzie zarzucają mi brak szczerości, tylko niech mi powiedzą, w czym miałoby mi pomóc chodzenie z nosem zawieszonym na kwintę?

Już dawno odkryłam, że jeśli człowiek się uśmiecha sam do siebie, zaraża samą siebie pozytywną energią. Może to brzmieć niezbyt sensownie dla osób, które nigdy tego nie próbowały, ale tak naprawdę jest. Po pewnym czasie takiego uśmiechania się po prostu zły nastrój mija i nie ma z nim już więcej żadnych problemów. Znacznie ważniejsze jest jednak to, co dzięki uśmiechowi można zdziałać w relacjach międzyludzkich.

Uśmiech zewnętrzny. W przypadku większości gatunków zwierząt pokazywanie zębów jest wielkim sygnałem agresji. Jest to ostrzeżenie, pokazanie, że mam czym zaatakować. Nie za dobrze jest się uśmiechać szeroko do psów, które są wystraszone lub po prostu za bardzo nas nie znają. W przypadku ludzi jest zupełnie inaczej. Dla nas uniesione kąciki ust i koniecznie uniesione także lekko mięśnie twarzy z okolic kości policzkowych, oznaczają jednoznacznie zadowolenie i pozytywne nastawienie do drugiego człowieka. Są one symbolem braku agresji, kordialności i naszego luzu w relacjach międzyludzkich.

Rozpoczęcie rozmowy z uśmiechem dobrze nastraja do nas ludzi. Jest to wręcz mała, niewinna manipulacja. Pomaga zwłaszcza z osobami zagniewanymi, a w przypadku tych z neutralnym nastawieniem, potrafi naprawdę sprawić, że kontakt będzie bardzo przyjemny i bezstresowy. Polecam takie podejście zwłaszcza osobom, które muszą pracować często z ludźmi, na przykład sprzedawcom.

Znaj umiar. Oczywiście we wszystkim należy musi być umiar i nie należy się szeroko uśmiechać na pogrzebie lub w sytuacji, kiedy ktoś dzieli się z nami jakimś zmartwieniem. Uśmiechu nie należy wyłączać, ale jeśli go odpowiednio stonujemy, będzie pasował do sytuacji i będzie poprawiał jej wygląd. Warto przez jakiś czas spróbować techniki uśmiechu. To nic nie kosztuje, a przez życie idzie się znacznie przyjemniej.

A może byśmy zrobili z randek internetowych serwis konsumencki?

Jak chyba większość singli z mojego otoczenia, od całkiem dawna korzystam z różnych serwisów randkowych. Na razie miałam dość zmienne szczęście, ale niespecjalnie mogę narzekać. Fakt, że jest kilka rzeczy, które bym na tych portalach poprawiła i jedną z nich chciałabym się  podzielić z wami tutaj. O co chodzi? Pozwólcie, że zacznę od początku.

Małe i większe rozczarowania. Co was najbardziej denerwuje na portalach randkowych? Dla mnie są to sami użytkownicy. Rozmawiasz z takim kolesiem i on… Nie, pierwszy problem jest w ogóle wtedy, kiedy przeglądam jego profil. Już wiele razy mi się zdarzyło, że czytam o kolesiu, jak to brunet ma bujne włosy i 185 centymetrów wzrostu, a potem z ekranu spogląda na ciebie łysiejący szatyn, który w trakcie spotkania patrzy na brodę, bo założyłam szpilki i niestety mogę jego łysinę oglądać z bliska. Nie chodzi mi nawet o to, że jest niski. Nie w tym sęk. Chodzi o to, że kłamie na temat tak bardzo podstawowych rzeczy. A co z tymi bardziej subtelnymi?

Portal fantasy. Prawdziwe fantazjowanie zaczyna się, kiedy dochodzimy do zainteresowań, sposobów spędzania wolnego czasu i na przykład hobby. Moi ulubieni są chyba gitarzyści, z którymi jako zapalona fanka gitary lubię zawsze szczególnie pogadać, a po 2 minutach okazuje się, że 10 lat temu poszedł na dwie lekcje gry i dalej mieni się gitarzystą. Tego samego rodzaju wałki latają w kwestii filmów, wykształcenia, książek, sportu… W zasadzie wszystkiego.

Zweryfikujmy to! Na pewno nie byłam pierwszą, która dała się nabrać na Staszka o wzroście siedzącego psa, który miał być wielkoludem, czy na szczupłego blondyna o obwodzie pasa kobiety w ciąży. I co? I nic. Następne też się na nich nabiorą, ponieważ nie ma sposobu na zweryfikowanie tego typu informacji. Nie ma? Ależ jest! Wystarczy dać jak w serwisach aukcyjnych czy sklepach możliwość oceny „przedmiotu”. Banalne, prawda? Raz sie sparzę, to potem napiszę takiemu fagasowi, że 185 centymetrów to on ma, jak skacze na trampolinie. Niech ludzi nie robi w konia!

Savoir vivre. Jeśli chodzi o same cechy podstawowe, to tak naprawdę nie jest jeszcze jakoś bardzo źle. Niech tam sobie będzie trochę niższy, nich przecenia umiejętności gry na gitarze i tak dalej. Sama mam trochę większe cycki na zdjęciu profilowym, niż to jest naprawdę, ale czasami trafi się jakaś totalna świnia, którą warto byłoby napiętnować. „Mietek spóźnił się kwadrans” – negatyw. „Czesław zabrał mnie do taniej speluny na kolację” – negatyw. „Po trzeciej randce nie chciał wejść na górę” – potrójny negatyw!

No oczywiście byłyby też rzeczy pozytywne. Dlaczego by nie pisać „Krystian ma świetne poczucie humoru” – pozytyw. Albo „Wiesiek trzyma ręce przy sobie” – negatyw! Jeśli czyta to ktoś odpowiedzialny za portale randkowe, to nich się zastanowi. Ja się na coś takiego piszę!

Nowa dieta śródziemnomorska na wiosnę

Zdjęcie z nagłówka pobrane z photo-stock‚a. Wpis inspirowany jest wiosną!

Lato zbliża się wielkimi krokami. Oczywiście, nie zawsze jest tak samo dobrze widoczne na horyzoncie, a w niektóre dni zastanawiam się nad tym, czy zima nie zaczaiła się gdzieś w miejskim parku i nie zamierza pokazać jeszcze pazurów.

Kalendarz jednak nie kłamie, do wakacji nie jest już wcale tak daleko i czas najwyższy wziąć się za siebie. Od razu wyjaśniam, nie mam żadnych ambitnych planów i na horyzoncie nie majaczy mi ani Dubrownik, ani Teneryfa, ani nawet Ustka (chociaż jak widzę Ustka przygotowała kilka fajnych atrakcji – tam zapewne wybiorę się jakoś w weekend).

Mam już jednak pewne doświadczenie i wiem, że zawsze warto wyglądać maksymalnie atrakcyjnie, nawet nie dla innych, ale dla siebie. Jak jednak wyglądać atrakcyjnie, jeśli zima pozostawiła widoczne wypuklenie na brzuchy, a i biodra nie są wcale szczególnie kuszące? Sama jazda na rowerze nie musi okazać się wystarczająca, można więc zastanowić się nad dietą.

Dieta? Fuj! Paskudztwo! Ilekroć słyszę ten wyraz zaczynam się krzywić, mam bowiem o dietach jak najgorsze zdanie. Wyjaśniam więc od razu, że nie mam wcale na myśli głodzenia się ani odmawiania organizmowi jakichkolwiek składników odżywczych. Na to nikt mnie nie namówi! Myślę raczej o pozytywnej zmianie nawyków żywieniowych, a takim diet, które uczą, jak jeść zdrowiej i mądrzej jest naprawdę sporo. Jedną z najciekawszych wydaje mi się dieta śródziemnomorska, nie tylko zdrowa, ale również smaczna.

Dieta śródziemnomorska bazuje na pieczywie, kaszy, makaronie i ziemniakach, a więc na tym, co smaczne i tuczące. I tu zaczynają się dobre wiadomości, okazuje się bowiem, że ani makaron, ani pieczywo nie musi wcale zwiększać naszej wagi. To źródła energii, które sprawiają, że czujemy się najedzeni i długo nie myślimy o kolejnym posiłku, są przy tym bogate nie tylko w witaminy z grupy B, ale również w błonnik – chyba najmodniejszy obecnie składnik preparatów odchudzających.

Dlaczego więc dieta oparta na makaronie zazwyczaj przyczynia się do tego, że przybieramy na wadze? Odpowiedź jest banalnie prosta. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że zapominamy o innych elementach diety śródziemnomorskiej – świeżych warzywach, sosach, które bazują na oliwie z oliwek, chudym mięsie, owocach morza oraz rybach. Te ostatnie zasługują zresztą na szczególną uwagę, o co już od jakiegoś czasu apelują do nas dietetycy. Jemy ich za mało, a przecież ich składniki mają dobroczynny wpływ nie tylko na nasze ciało, ale i na umysł. Ryby to pokarm dla mózgu, o czym warto pamiętać tak podczas sesji, jak i wtedy, gdy zamykamy miesiąc i szefowa biega po pokojach z pragnieniem mordu w oczach.

Nadszedł czas, aby wziąć się za bary z najpoważniejszym zarzutem odnoszącym się do diety śródziemnomorskiej. Co do zasady, zgadzamy się z tym, że jest nie tylko zdrowa, ale i naprawdę smaczna, jak jednak uporać się z tym, że jest dość droga? Nie będę Was przekonywać, że tak nie jest. Mówimy przecież o naprawdę istotnych różnicach klimatycznych. Stosowanie jej przez cały rok może być rzeczywiście dość kłopotliwe, o czym można przekonać się zwłaszcza zimą. Wiosną jednak dziesiątki produktów mamy na wyciągnięcie ręki i dieta śródziemnomorska wcale nie musi być poważnym obciążeniem dla naszego budżetu. Polecam!

Internetowe portale randkowe

Szukaliście kiedyś miłości w Internecie? Myślicie, że to ma sens?
Gdy byłam „pryszczatą nastolatką”, a Internet wchodził dopiero pod strzechy i do sal informatycznych w szkołach internetowe portale randkowe wydawały mi się czymś desperackim. Powtarzałam sobie zresztą, że jeśli nigdy nie znajdę szczęścia w miłości to skorzystam z tej formy wsparcia, skąd bowiem mogę wiedzieć, czy na sąsiednim osiedlu nie mieszka moja „druga połowa”, która jednak umyka mi w rzeczywistym świecie? Dziś stały dostęp do Internetu dla nikogo nie jest zaskoczeniem, a media coraz więcej uwagi poświęcają zagadnieniom takim, jak choćby uzależnienie od wirtualnego seksu.

Internetowe portale randkowe nie są już więc tajemnicze, a osoby, które z nich korzystają wcale nie są desperatami. Samo znajdowanie miłości w Internecie też nie wywołuje już sensacji i budzi raczej praktyczne zaciekawienie. Poznaliście się przez Internet? A z jakiego portalu korzystaliście?

Ale jak to jest z tą internetową miłością? Wydaje mi się, że różnic pomiędzy poznaniem się na portalu i poznaniem się w klubie wcale nie ma zbyt wielu. Na portalu randkowym nie rejestrujemy się przecież po to, aby w nieskończoność wysyłać sobie wiadomości z wyrazami sympatii. Zakładamy, że w pewnym momencie wsiądziemy w samochód lub tramwaj i pojedziemy do miasta szukać naszej ukochanej. A jeśli pojedziemy jej szukać to będzie dobrze, jeśli nie zafałszujemy swojego obrazu aż tak bardzo, aby nie rozpoznała w nas osoby, z którą korespondowała. Ciekawie o tym jakiś czas temu pisała Eclipce – tyle że jej podejście było odrobinę inne niż moje. Ona sugerowała że lekkie „zakrzywienie rzeczywistości” nie jest niczym złym. W końcu codziennie spotykamy się z różnego rodzaju zawodami miłosnymi/zawodowymi/koleżeńskimi. Jeden więcej nic nam złego nie zrobi a takie kłamstewko da nam większą szansę na spotkanie.

A co z samym zapotrzebowanie na wspomniane portale? Oczywiście, niektórzy analitycy tego zjawiska rozpaczają, że jest to najlepszy dowód na to, jak bardzo tracimy kontakt z rzeczywistością i jak oddalamy się od tego, co było dla nas naturalne jeszcze kilkanaście lat temu. Ja sama jestem jednak jak najdalsza od rozdzierania szat. Rzeczywiście, coraz więcej osób narzeka, że ma problemy ze znalezieniem kogoś, z kim można się związać, a ja sama mam znajomych, którzy poznali się na portalu randkowym, nie są to jednak wcale osoby chorobliwie nieśmiałe, zakompleksione albo mające jakieś poważne problemy ze swoją psychiką i szukające sposobu na wykreowanie na nowo swojej osobowości. Portale randkowe były w ich wypadku naturalną konsekwencją nawału zajęć, konieczności dostosowania się do życia w wielkim mieście albo sposobem na przełamanie monotonii.

Co ciekawe, nie brakuje osób, którym wcale nie jest bliska moja filozofia z czasów dojrzewania. Skoro nie udaje nam się znaleźć nikogo w realnym świecie, dlaczego zamykać sobie wszystkie drzwi? Jeśli Internet może być szansą na miłość, dlaczego mielibyśmy z tej szansy zrezygnować? Czy argumentem ma być przekonanie niektórych osób znajdujących się w naszym otoczeniu, że nie jest to sposób najbardziej elegancki albo najstosowniejszy? Na pewno nie!

Oczywiście, internetowe portale randkowe to nie tylko szansa na miłość, ale i całkiem spore realne ryzyko, a korzystanie z nich powinno bazować na pewnych zasadach. To już jednak całkiem inny temat.

Rower przyjacielem gubiących kilogramy?

Jeśli jakiś reżyser chciałaby nakręcić film o tym, jak się odchudzam, obawiam się, że byłby to film komediowy. Niestety, nie byłaby to nawet komedia romantyczna, bo wśród osób, które dopingują mnie do pozbycia się nadmiaru kilogramów nie ma ani jednego przystojnego mężczyzny.

Wspominałam już o tym, że poszukuję idealnego sportu, który pozwoli mi zrzucić kilogramy przez przypadek i kilka dni temu postanowiłam zmienić słowa w czyn i wsiąść na rower. Oczywiście, musiałam go najpierw zorganizować, tu jednak przydały się znajomości jeszcze ze studiów. Rower dostarczył kolega, który kiedyś podkochiwał się w jednej z moich przyjaciółek. Pierwotnie jeździła na nim jego mama, ale kobiecie zabrakło motywacji. Co mnie zresztą wcale nie dziwi.

Gdy tylko usadowiłam się na siodełku przypomniałam sobie wszystkie poradniki dla rowerzystów-amatorów. Chyba każdy zaczyna się od przypomnienia, że rower musi odpowiadać naszym potrzebom i nie może być „spadkiem” po jakiejś innej osobie. Myślicie, że te poradniki sponsorują firmy sprzedające rowery? Cóż, do tej pory i ja tak myślałam, po ostatnich przygodach jestem jednak skłonna zmienić zdanie.

Co gorsza, jako kobieta silna i niezależna, która nie boi się wyzwań, postanowiłam od razu rzucić się na głęboką wodę i pojechać rowerem do pracy. Co to dla mnie! I teraz można sobie wyobrazić mnie mknącą bladym świtem na rowerze, który piszczy i skrzypi, z niewygodnym siodełkiem, fatalnie ustawioną kierownicą, a przede wszystkim hamulcami, które żyją własnym życiem i za nic mają zasady fizyki. Poezja!

Mam zresztą jeszcze jedną uwagę dotycząca odchudzania się z wykorzystaniem roweru miejskiego. Jeśli dobrze rozumiem, aby chudnąć trzeba jeździć na rowerze, a w moim pięknym mieście jest to niemal niemożliwe. Gdy jechałam do pracy jeszcze tego nie odczuwałam jako poważnego problemu, ale gdy wracałam i musiałam zatrzymywać się na każdym przejściu dla pieszych, bo jakoś nie mogłam natrafić na „zieloną falę”, myślałam już poważnie o tym, żeby ten rower gdzieś porzucić i wrócić pieszo.

Zawsze to większa szansa na pozbycie się kalorii.

Nawet nie będę wspominać o pieszych, którzy pojawiali się na mojej ścieżce rowerowej chyba tylko po to, żebym mogła po raz kolejny przekonać się, jak kiepski jest stan hamulców w pożyczonym rowerze. Jeśli cokolwiek schudłam to tylko dlatego, że nerwy zjadały mi tkankę tłuszczową, o ile coś takiego w ogóle jest możliwe. Co gorsza, po powrocie do domu, który trwał skandalicznie długo, zjadłam danie z makaronem zakupione w pobliskim dyskoncie. Porcja na dwie osoby? Już ja widzę, jak najadają się nią dwie osoby, skoro ja sama z trudnością zauważyłam, że coś zjadłam.

Wspomniany już kolega pociesza mnie, że rower można dostosować do moich potrzeb i że w niedziele to on bardzo chętnie. Mam nadzieję, że wie o szczęśliwym związku małżeńskim swojej studenckiej miłości i nie ma żadnych ukrytych zamiarów w stosunku do niej.

Witaj, Aniu!

Witaj w WordPressie Anki!

Jeśli trafiłaś tutaj przypadkiem – cieszę się że mogę Cię poznać. Mam nadzieję że spodoba Ci się mój styl i tematyka. Jeśli nie – wpadnij za jakiś czas. Blog stale się rozwija i już wkrótce może się pojawić coś co z pewnością trafi w Twój gust 🙂

Jeśli zaś już mnie znasz to tym bardziej powinnaś zostać na dłużej. Nie będzie zbyt wiele o mnie: publikować będę raczej swoje przemyślenia i pomysły na życie.

Co dokładnie zapytasz 😉 Ano wszystko co tylko wpadnie mi do głowy i będę uważała że jest to przydatne.

PS. zajrzyj do kolejnego wpisu 🙂