Rower przyjacielem gubiących kilogramy?

Jeśli jakiś reżyser chciałaby nakręcić film o tym, jak się odchudzam, obawiam się, że byłby to film komediowy. Niestety, nie byłaby to nawet komedia romantyczna, bo wśród osób, które dopingują mnie do pozbycia się nadmiaru kilogramów nie ma ani jednego przystojnego mężczyzny.

Wspominałam już o tym, że poszukuję idealnego sportu, który pozwoli mi zrzucić kilogramy przez przypadek i kilka dni temu postanowiłam zmienić słowa w czyn i wsiąść na rower. Oczywiście, musiałam go najpierw zorganizować, tu jednak przydały się znajomości jeszcze ze studiów. Rower dostarczył kolega, który kiedyś podkochiwał się w jednej z moich przyjaciółek. Pierwotnie jeździła na nim jego mama, ale kobiecie zabrakło motywacji. Co mnie zresztą wcale nie dziwi.

Gdy tylko usadowiłam się na siodełku przypomniałam sobie wszystkie poradniki dla rowerzystów-amatorów. Chyba każdy zaczyna się od przypomnienia, że rower musi odpowiadać naszym potrzebom i nie może być „spadkiem” po jakiejś innej osobie. Myślicie, że te poradniki sponsorują firmy sprzedające rowery? Cóż, do tej pory i ja tak myślałam, po ostatnich przygodach jestem jednak skłonna zmienić zdanie.

Co gorsza, jako kobieta silna i niezależna, która nie boi się wyzwań, postanowiłam od razu rzucić się na głęboką wodę i pojechać rowerem do pracy. Co to dla mnie! I teraz można sobie wyobrazić mnie mknącą bladym świtem na rowerze, który piszczy i skrzypi, z niewygodnym siodełkiem, fatalnie ustawioną kierownicą, a przede wszystkim hamulcami, które żyją własnym życiem i za nic mają zasady fizyki. Poezja!

Mam zresztą jeszcze jedną uwagę dotycząca odchudzania się z wykorzystaniem roweru miejskiego. Jeśli dobrze rozumiem, aby chudnąć trzeba jeździć na rowerze, a w moim pięknym mieście jest to niemal niemożliwe. Gdy jechałam do pracy jeszcze tego nie odczuwałam jako poważnego problemu, ale gdy wracałam i musiałam zatrzymywać się na każdym przejściu dla pieszych, bo jakoś nie mogłam natrafić na „zieloną falę”, myślałam już poważnie o tym, żeby ten rower gdzieś porzucić i wrócić pieszo.

Zawsze to większa szansa na pozbycie się kalorii.

Nawet nie będę wspominać o pieszych, którzy pojawiali się na mojej ścieżce rowerowej chyba tylko po to, żebym mogła po raz kolejny przekonać się, jak kiepski jest stan hamulców w pożyczonym rowerze. Jeśli cokolwiek schudłam to tylko dlatego, że nerwy zjadały mi tkankę tłuszczową, o ile coś takiego w ogóle jest możliwe. Co gorsza, po powrocie do domu, który trwał skandalicznie długo, zjadłam danie z makaronem zakupione w pobliskim dyskoncie. Porcja na dwie osoby? Już ja widzę, jak najadają się nią dwie osoby, skoro ja sama z trudnością zauważyłam, że coś zjadłam.

Wspomniany już kolega pociesza mnie, że rower można dostosować do moich potrzeb i że w niedziele to on bardzo chętnie. Mam nadzieję, że wie o szczęśliwym związku małżeńskim swojej studenckiej miłości i nie ma żadnych ukrytych zamiarów w stosunku do niej.