Analiza bitew dnia powszedniego

O domowych kłótniach piszą zazwyczaj kobiety. Warto poczytać, co mają do powiedzenia, bo w końcu to z nimi przyjdzie nam dzielić domowe ognisko. Nic jednak nas tak nie nauczy, jak samo życie, czyli emipria. W moim przypadku dwa pierwsze lata małżeństwa z charakterem bardzo emocjonalnym, który w dodatku trochę tak jak i wasz autor miał i cały czas ma zapędy autorytarne.
Na pewno dobrym pomysłem nie jest całkowite unikanie kłótni. Są one rzeczą naturalną, kiedy w grę wchodzą emocje i różnica zdań wynikająca z innego postrzegania świata czy z inaczej ustawionych priorytetów. Kiedy jest jakiś problem, trzeba zająć się jego rozwiązywaniem natychmiast, ponieważ pozostawianie tematy nierozwiązanego powoduje, że szybko zaczyna on żyć własnym życiem, a my zamiast na faktach i realnych opiniach operujemy na domysłach dotyczących powyższych. Im dłużej problemy są przemilczane, tym gorszy wynik próby ich rozwiązania w późniejszym czasie.

Tutaj potrzebna jest mała dygresja. Mężczyźni powinni bowiem wiedzieć, że kobiety robią afery o małe, zupełnie nic nie znaczące rzeczy zwłaszcza wtedy, kiedy gryzie je coś znacznie większego i po prostu nie chcą tak z niczego wypalić, że uważają nas za nieudaczników bez perspektyw. Ok, jak czytam niektórych to wiedzą, inni (wybacz Logi – masz bardzo fajny styl ale Twoje stwierdzenia czasami wywracają mnie na miejscu) – mają absolutnie odmienne od mojego podejście. Niezależnie od tego co myślicie, nie należy wychodzić z założenia, ze ma się histeryczkę za żonę tylko dlatego, że zrobiła karczemną awanturę za rzucone gdzieś skarpetki. Pewnie chodzi jej o coś ważniejszego.

Panie z kolei powinny wreszcie sobie uświadomić, że foch nie rozwiązuje niczego. Facet naprawdę się nie domyśli, o co tak właściwie chodzi i całą akcje z oczekiwaniem na jego domyślenie się potraktuje jako złośliwość. Mężczyźni to proste istoty, które operują na prostych komunikatach. Można im po prostu powiedzieć, co się myśli bez zabawy w żadne gierki. Efekt będzie znacznie lepszy.
Sama rozmowa, czy nawet kłótnia, ma na celu zakomunikowanie realnych problemów. Nie ma się co oszukiwać, że jeśli istnieje realny problem, samo jego ogadanie okaże się panaceum na całe zło tego świata. Zazwyczaj jest to dopiero pierwszy krok do poszukiwania rozwiązania, chociaż nie raz udaje się w trakcie rozmowy rozwiać nieporozumienia, bardzo częstą przyczynę bezowocnych kłótni.

Żeby utorować sobie drogę do rozwiązań, kłócić się należy rzeczowo. W praktyce oznacza to przede wszystkim unikanie języka agresji. Sarkazm i ironią brzmią fajnie, kiedy ogląda się je na ekranie telewizora w wykonaniu dr House’a. W każdym innym wydaniu jest to obraźliwe dla naszego rozmówcy, powoduje w nim chęć do podnoszenia poziomu agresji i odgryzienia się  czymś równie nieprzyjemnym. Często można skupić się na samej ironii i zapomnieć, o co w całej kłótni chodziło.

Podobny problem to przekleństwa i obelgi. Ich użycie nie prowadzi do niczego konstruktywnego, a pamięć o nich ciąży. Kobiety powinny wiedzieć, że na mężczyznach nawet bardziej, niż na nich samych. Można sobie w ten sposób zatruć życie na długi czas, nawet jeśli sam problem podstawowy zostanie rozwiązany.

W kłótni należy patrzeć na swojego partnera i jego reakcje, ale jeśli nie będzie się brało pod uwagę swoich własnych uczuć, będzie to w nas buzowało i po jakiś czasie wybuchnie. Leży ci coś na wątrobie? Powiedz jej/jemu o tym. Byle spokojnie. Może z tego wyniknąć kłótnia na całego, ale wtedy wciskanie pauzę, uspokajacie się i dopiero wracacie do tematu.

Osobiście największy problem w kłótni mam ze słowem „przepraszam”. W męskim gronie żartujemy sobie często, że jest to ostateczny sposób na zakończenie kłótni niezależnie od tego, kto miał rację. W praktyce jednak jest to słowo, które pozwala w bardzo szybki sposób rozładować złe emocje nagromadzone w czasie kłótni. Jest to wyjątkowo skuteczne nawet wtedy, kiedy samemu nie ma się pełnego przekonania, że to słowo powinno paść z naszych ust. Nawet jeśli sytuacja nie jest jeszcze rozładowana, przeproszenie się za zbyt daleko idące oskarżenia lub za zbyt ciężkie słowa bardzo skutecznie otwiera pole do prowadzenia dalszej dyskusji.

Ciche dni, czyli droga donikąd

Moje małżeństwo skończyło się już dobre dwa lata temu i do teraz jeszcze nie za bardzo się z tego otrząsnęłam. Dobrze wiem, że wina była po obu stronach mniej więcej po równo i chociaż ja go kochałam i jestem pewna, że on kochał mnie, po prostu nie byliśmy w stanie na tyle pogodzić naszych charakterów, zrobić oboje odpowiednio dużych kroków wstecz, by mogło to zadziałać. Teraz od czasu do czasu wracam do rzeczy, które były dobre w naszym krótkim małżeństwie, ale czasami wracam też do tych, które były złe, szkodliwe i w efekcie destruktywne. Czy dzisiaj zrobiłabym niektóre rzeczy inaczej? Myślę, że tak, ale wiem też, że myślenie nie było często elementem podejmowania decyzji. Jednym z najgłupszych sposobów na kłócenie się, jakie w czasie małżeństwa wypracowaliśmy, były chyba ciche dni.

Jak wyglądają ciche dni, każdy chyba dobrze wie. W tym czasie po prostu ze sobą nie rozmawiamy, ignorujemy się i już. Czy karaliśmy się w ten sposób? Trudno powiedzieć, co właściwie chcieliśmy osiągnąć. Piszę my, ponieważ do tanga trzeba dwojga. Ja inicjowałam to fochem, ale on też nie miał nic przeciwko podtrzymywaniu stanu ciszy. Czasami nawet przez kilka dni.

Najgorsze w tym czasie było to, że obojgu się nam w głowach kotłowało.

Przypisywaliśmy sobie nawzajem najgorsze intencje, kłóciliśmy się w myślach sami z sobą, wysuwaliśmy oskarżenia… Po prostu masakra. Najgorsze było w tym wszystkim to, że zniszczenia były takie, jakbyśmy się faktycznie kłócili, a że tak naprawdę walczyliśmy sami ze sobą, oboje wiedzieliśmy, gdzie uderzyć, by odczuć to jak najbardziej boleśnie. Za zadawany sobie cios winą obarczaliśmy oczywiście drugą stronę.

Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to być najgłupsza rzecz na świecie, ale wtedy oczywiście tak nie czułam. Człowiek jest w żywiole i płynie po prostu z nurtem negatywnych emocji. Największym moim problemem do dzisiaj jest chyba to, że dalej nie wiem, jak przerwać ciche dni. Trwały one zawsze tak długo, aż nie zdarzyło się coś, co zmuszało nas do ich przerwania i zawsze był to jakiś czynnik zewnętrzny. Co będzie, jeśli teraz się z kimś zwiążę i znowu będziemy zatruwać sobie nawzajem życie cichymi dniami? Najlepszą receptą na nie jest chyba po prostu w ogóle ich nie zaczynać, ale przecież już wtedy moim celem nie było nieodzywanie się do niego przez kilka dni i jestem pewna, że on też wcale tego do końca nie chciał. Tak to już jakoś wychodziło. Dawno nie czułam się już tak podle jak teraz.

[wspomnień czar] Landrynkowe Walentynki!

W zeszłym tygodniu pisałam Wam o „wspomnieniach tłustego czwartku”. Dziś kontynuuję temat 🙂 Wspomnienia walentynek – idealny temat na środek wakacji! Idealny też na 0.5 rocznicę walentynek – dokładnie pół roku temu, dokładnie za pół roku… 14 lutego…

Czy tylko mnie absolutnie odrzuca na myśl, że znowu będzie luty i znowu będziemy musieli sobie sztucznie słodzić na każdym kroku? Ok, zostało pół roku. Tylko co z tego?! Przecież czas leci jak szalony! A ja po prostu nienawidzę walentynek. Czuję, że jest to tak sztuczne, jak to tylko jest możliwe i uniwersalne przesadzanie z tym tematem potrafi skutkować wręcz wstrętem do miłości jako takiej. Wszelkiej maści sprzedawcy bardziej wariują chyba tylko przed Bożym Narodzeniem, kiedy już w październiku sklepy są zawalone tymi wszystkimi Mikołajami, reniferami, choinkami oraz całym innym badziewiem z tym związanym. Już więcej umiaru mają przy okazji Wielkanocy. Jeśli będę chciał narzeczonej zrobić Walentynki jutro, to jej zrobię. Czasami mnie nachodzi i ma Walentynki w drugą środę mają czy trzeci poniedziałek listopada. Ale żeby mnie ktoś przymuszał do jakichś romantycznych uniesień akurat tego dnia?  Po moim trupie!

W ogóle żal mi jest kobiet, które traktują Walentynki jako okazję do dowartościowania się, bo im faceci za mało uwagi na co dzień poświęcają. Szczególnie żałosne jest to ostatnio, kiedy do kin wszedł film porno dla ubogich o 50 twarzach Greya, czy jak mu tam. Założę się, że większość panienek po obejrzeniu tego filmu będzie się czuła w swoim związku jeszcze gorzej, a facetowi tylko narąbią w głowie jakiejś sieczki i jeszcze pójdzie do sexshopu po pejcz. Śmiech przez łzy.

Kino w tym czasie to w ogóle paranoja. Pomijam już babskie filmy porno, bo to patologia, ale te wszystkie komedie romantyczne też są trudne do wytrzymania. Naprawdę. Jako facet, ogólnie ich nie lubię i jedynie czasami najdzie mnie na tego rodzaju film ochota. Szansa na to, żeby akurat ten kaprys mi się nałożył z konkretnym dniem w lutym, jest raczej malutka.

Gdyby to tylko ograniczało się do kina, pewnie bym przeżył. Niestety, nawet komórki nie można otworzyć, bo operator po raz kolejny przygotował specjalną, wręcz cudowną propozycję na kosmetyki. Zapłacę za nie pół ceny, jeśli tylko pójdę do sklepu, pomacham telefonem i wywrzeszczę „Walentynki!”. Już to widzę…

Zresztą najbardziej w tym wszystkim odrzuca mnie cała infantylność otoczenia Walentynek. Dorosły facet nie boi się misia z serduszkiem i czasami zwyczajnie lubi dać kwiaty. Gdyby tak to wyglądało, nie miałbym pretensji. W praktyce mamy jednak miliony takich samym misiów, wiązanki kwiatów przygotowane z rozdawnika do przekazywania „swojej jedynej” i tak dalej. Zresztą kobiety to przecież też nie są bezmózgie yeti, które na widok bombonierki w kształcie serca po prostu tracą głowę. Nie róbmy z siebie nawzajem idiotów.

Nie jesteśmy też istotami bez gustu. Mężczyźni rozróżniają trochę więcej kolorów, niż fajny… Rozróżniają też ich połączenia, szczególnie jeśli wszędzie dookoła mamy różowe misie z czerwonymi serduszkami, a do tego jeszcze jakieś bordowe kokardki i pastelowe kapelusiki. Naprawdę robi się niedobrze, a jak jeszcze dodamy do tego skalę napaści na nasz zmysł estetyczny, człowiekowi chce się krzyczeć. Nie chodzi nawet przecież tylko o nasze oczy. W samochodzie słucham radia i co? Walentynkowy repertuar. Włączę telewizor i co? Walentynkowe reklamy. Internet tak samo zawalony tym syfem. Już nawet nie chce mi się  wspominać przy okazji Internetu o wszystkich łańcuszkach typu „wyślij do 10 osób to znajdziesz miłość”, które przeżywają renesans w czasie tego pseudo święta. Przynajmniej dzięki nim zmniejsza mi się ilość głupich znajomych na Facebooku.

Już na koniec powiem tyle, że strasznie nie lubię być sterowany z góry przez mechanizmy mówiące mi, kiedy mam być zakochany, jak mam to robić i w jaki sposób wyrażać. Teraz ja będę infantylny: w moim związku czuję się tak, jakbym codziennie miał Walentynki, bo kiedy wychodzę z pracy i idę w kierunku domu, gdzie czeka na mnie Madzia z obiadem, momentalnie mija mi zmęczenie i zastanawiam się  tylko, co będę mógł dla niej zrobić, by poczuła się szczęśliwa. I wierzcie mi, w żadnym razie nie przyjdzie mi do głowy uszczęśliwianie jej według schematu oferowanego mi przez media na Walentynki.

ps. na blogu pojawił się nowy dział „uczucia” – jako że całkiem sporo o nich ostatnio piszę, myślę że się sprawdzi 🙂

[mocno spóźniony] Tłusty Czwartek!

Był… minął… był wspaniały i czasami lubię do niego wracać wspomnieniami. Kto? co? Mowa o… moim ulubionym tłustym czwartku? Jak Wy? Lubicie go? Pewnie nie, bo większość z was nie jest na tak ścisłej diecie, jak ja, ale każdy na pewno lubi od czasu do czasu trochę połasuchować i mieć na to fajna wymówkę.

A ta jest wyjątkowo ciekawa, ponieważ… No właśnie. Ostatnio z psiapsiółkami ( Gosia, Paulina – dziewczyny, przypominam że pomysł na tłusty czwartek już zarezerwowałam!) usiadłyśmy sobie w naszej ulubionej kawiarni, gdzie zazwyczaj tylko łypiemy wyposzczonymi oczami na słodkości zadowalając się kawą, i poszperałyśmy trochę za faktami i ciekawostkami o pączkach i o tłustym czwartku.

Najgłupsze z naszych znalezisk mówiło o Stanisławie Auguście Poniatowskim, który organizował słynne obiady czwartkowe. Po jednym z nich miał spotkanie jeszcze z jakimś adwokatem. Odbywało się przy pączku i poprosił, by nie przeszkadzano mu „na pączku z adwokatek”. Następnego dnia w warszawskich cukierniach pojawiły się pączki z adwokatem. Swoją drogą, pączki mają za dodatek adwokat, nie adwokata.

Ważniejszy problem związany był z ilością kalorii. Jedna z psiapsiół wymyśliła, że spalenie jednego pączka to 5 godzin czytania książki, jeśli waży się 70 kilogramów. Albo można przebiec 4 kilometry. Oczywiście nie można sobie wliczać tego siedzenia do dziennego bilansu, bo ono już tam wliczone jest.

To powyższe, to efekt przyjaciółki-matematyka. Przyjaciółka-historyk miała dla nas coś ciekawszego. Okazuje się, że kiedyś pączki nadziewano nie tylko marmoladą, ale na przykład boczusiem albo słonikną. Poważnie! Dlaczego z tego pomysłu zrezygnowano? Nie mam pojęcia, ale wiem, że jeśli kiedyś będę sama pączki robiła, na pewno nie będą z różą. A już tak na marginesie… Te pączki zapijano wódką!

Ciekawe było też to, jak się smaży tradycyjne pączki. Nie był to olej, jak dzisiaj, ale po prostu smalec. Najzwyklejszy w świecie smalec. Pomysł dość ciekawy, chociaż akurat w tej kwestii chyba spasuję, bo serce mogłoby nie wytrzymać.
Bardziej modne mogą się  dzisiaj stać całkowite przeciwieństwa klasycznych pączków. Nasze wycieczki blogowe pozwoliły nam znaleźć cos bardzo ciekawego, mianowicie pączki wege (wegetariańskie). Robi się je z ziemniaków. Poważnie. Jak? Nie wiem. Jak to wygląda? Chyba nie chcę wiedzieć, ale tak faktycznie jest.
Na koniec może odrobina statystyki, bo każda z nas zjadła po 4 paczki. Okazuje się, że to ponad 1,5 pączka więcej, niż zjada statystyczny Polak. Coś czuję, że jest to statystyka obejmująca w dużej mierze osoby po prostu w ogóle nie jedzące pączków w tym dniu. Frajerzy.