Czy mały pokój musi być składowiskiem gratów?

Gdy wspominam entuzjazm, z jakim przygotowałam się do urządzania mojego mieszkania, muszę się zaśmiać, choć nie będę Was oszukiwać – śmiech jest nieco ironiczny. Moje wizje tego, jak będzie wyglądał salon zachwyciłyby pewnie każdego projektanta wnętrz, a najbliżsi znajomi, z którymi od samego początku dość chętnie się nimi dzieliłam, od samego początku spoglądali na mnie z pewnymi obawami. Z pewnością zastanawiali się nad tym, który z nich powinien mi powiedzieć jako pierwszy, że mój wymarzony salon ma szesnaście metrów kwadratowych, a więc nieco zbyt mało miejsca, jeśli zależy mi na realizacji każdego z moich odważnych planów. Jeśli mam być zresztą szczera to muszę przyznać, że mi samej dość mocno zrzedła mina, gdy sobie to uświadomiłam. Mimo wszystko, mój salon nie przypomina graciarni, można spokojnie się po nim przespacerować, a do tego nie ma się wrażenia, że spaceruje się po antykwariacie (przeglądając blogi modowe, nie ja jedna mam taki problem i nie ja jedna sobie z nim poradziłam :)). Jak mi się to udało? Oczywiście, nie wymyślałam wszystkiego sama. Znacznie bardziej opłacalne wydawało mi się skorzystanie z kilku dość często pojawiających się rad.

Rada pierwsza – mały pokój nie jest miejscem, na rzeczy niepotrzebne. Podobno najlepiej czujemy się w towarzystwie przedmiotów, których obecność budzi nam przyjemność. Mogą być to rozwiązania, które nam się spodobały, mogą być to jednak również rzeczy, których wartość sentymentalna przewyższa wartość nominalną. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku należy jednak dbać o to, aby nie odpychały swoim wyglądem i przeznaczeniem. Jeśli pokój jest wypełniony przez przedmioty, których nie lubimy, najprawdopodobniej nigdy nie polubimy też samego pomieszczenia, w którym dane przedmioty się znajdują. Owszem, możemy sobie tłumaczyć, że są one funkcjonalne i na swój sposób urokliwe, próżny jest jednak nasz trud – nie mamy szans na harmonię z tym, co budzi naszą niechęć. Lepiej więc takich rozwiązań po prostu unikać.

Rada druga – jeden mebel, a wiele funkcji. Meble wielofunkcyjne to żadna nowość. Wystarczy przypomnieć sobie meblościanki, które zdobiły niegdyś mieszkania naszych rodziców i krewnych. Oczywiście, meblościanka nie jest może najtrafniejszym porównaniem, funkcjonalność bardzo często nie szła bowiem w parze z atrakcyjnym wyglądem. Na szczęście, teraz problem jest znacznie mniej dotkliwy, producenci mebli wielofunkcyjnych nie zapominają bowiem, że powinny być one ozdobą. Jeśli więc pokój jest niewielki, warto pomyśleć o łóżku z wydzieloną przestrzenią na pościel, rozkładanym stole oraz o lampie, której wysokość można modyfikować w zależności od naszych aktualnych potrzeb.

Rada trzecia – ostrożnie z dodatkami. Chyba najboleśniej zniosłam świadomość tego, że w niewielkim salonie nie ma zbyt wiele miejsca na dodatki. Na szczęście, szybko zorientowałam się, że ich nadmiar wcale nie sprawia, że salon zyskuje niepowtarzalny charakter, ale przyczynia się do tego, że zaczyna przypominać jakieś ponure składowisko gratów. Rezygnacja z niektórych ozdób wymagała ode mnie pewnej determinacji, niejako w zastępstwie odkryłam jednak, że niektóre dodatki mogą być wyjątkowo funkcjonalne. Najbardziej klasycznym rozwiązaniem wydają się w tym kontekście kolorowe kartony, które ciekawie się prezentują, a jednocześnie mogą zrekompensować nam brak większej liczby szuflad, ale rozwiązań takich jest znacznie więcej.

Książki nowe czy używane

Słowem wstępu – u mnie jest „rok studencki” ale gro moich znajomych przeżywa „rok szkolny” – często po raz pierwszy – 6latki idą do szkoły. I chyba to właśnie do nich kieruję dzisiejsze przemyślenia.

„Rok szkolny” (jak to się na studiach zaczyna??) nastał i niestety trzeba się już do niego powoli przygotowywać (jak zwykle po terminie). Wakacje się skończyły czy tego się chce czy nie i w związku z tym trzeba pomyśleć o kupnie nowych książek. Każdy kto ma to już za sobą pewnie zdaje sobie sprawę z tego z jak dużymi wydatkami się to wiąże. Niestety w naszym kraju rynek związany z podręcznikami jest bardzo źle zorganizowany i rodzice, którzy mają przygotowywać wyprawkę szkolną dla swoich dzieci muszą się liczyć z bardzo dużymi wydatkami. Największe to oczywiście kupno książek i tutaj trzeba się zastanowić nad tym czy lepszym rozwiązaniem będzie kupowanie książek całkowicie nowych czy też używanych, a jeśli używanych to gdzie je kupić.

Gdy chodzi o kupno książek to duże znaczenie bez wątpienia będzie miało to dla kogo kupujemy książki oraz do jakiej szkoły nasze dziecko uczęszcza. W tym momencie mamy bardzo wiele szkół, gdzie co roku książki się zmienia a co za tym idzie będzie bardzo trudno o kupno książek używanych po poprzednich rocznikach ponieważ może się po prostu okazać, że w danym roku są one już po prostu nieaktualne i będzie trzeba szukać jakiegoś innego rozwiązania. W takim przypadku wygląda na to, że najlepszym rozwiązaniem będzie kupowanie książek nowych, ale to już będzie wiązało się z dużymi wydatkami. W przypadku dzieci, które uczęszczają dopiero do pierwszych klas bardzo często stosuje się tam takie książki, które uzupełnia się różnorakimi wpisami przez co niestety nie będą się one nadawały do ponownego użycia. Między innymi z tego powodu nie będzie tutaj można kupować książek używanych. Oczywiście kupno książek używanych będzie lepszym rozwiązaniem, gdy będzie taka możliwość, ponieważ po prostu będą one tańsze.

Jeśli już istnieje taka możliwość, by książki używane kupować trzeba się zastanowić między innymi nad tym, gdzie takiego zakupu będzie można dokonać. Wydaje się, że obecnie takim bardzo dobrym rozwiązaniem jest kupowanie książek od poprzednich roczników. Gdy już chodzi się do szkoły od kilku lat to istnieje takie prawdopodobieństwo, że zna się kogoś ze starszych klas i między innymi właśnie dlatego będzie można poszukać takiej osoby, która będzie chciała sprzedać swoje używane książki. Prawdopodobnie właśnie takie rozwiązanie będzie najkorzystniejsze, gdy chodzi o koszty. Osoby, które sprzedają książki używane najczęściej nie będą miały jakichś szczególnych wymagań finansowych i między innymi z tego powodu uda się kupić tanio książki, które nam jeszcze posłużą. Jeśli takich znajomości nie mamy możemy także zainteresować się książkami, jakie oferowane są w sieci. Jak się obecnie okazuje jest wiele osób, które sprzedają swoje podręczniki przez internet. Wydaje się, że takie rozwiązanie jest także bardzo korzystne ponieważ, gdy osoba prywatna sprzedaje książki to prawdopodobnie cena będzie atrakcyjna. Tutaj minusem będzie jednak już to, że będzie trzeba dodatkowo zapłacić również za przesyłkę takich książek. Ale nawet przy takim wydatku zakup powinien  być dla nas opłacalny.

Dopiero w ostateczności, gdy już nie możemy się zdecydować na żadne z takich rozwiązań można się decydować na kupowanie książek w antykwariatach. Tam rzeczywiście znajdziemy podręczniki używane, ale niestety cena nie będzie już tak atrakcyjna. Oczywiście będzie niższa niż kupno książek całkiem nowych, ale ta różnica nie będzie taka duża. Antykwariaty muszą bowiem zapłacić osobie, która książkę sprzedaje, a następnie chcą jeszcze jak najwięcej zarobić. Dlatego w wielu sytuacjach okazuje się, że klientom, którzy im sprzedają książki płacą gorszę a potem narzucają wysoką marżę przez cos książka kupowania już przez klienta okazuje się być niewiele tańsza niż książka sprzedawana nam jako nowa, a tutaj jednak otrzymamy podręcznik używany.

I korzystając z okazji tematu „szkolnego”. Jakiś czas temu pisałam Wam o moralnych i etycznych aspektach podsłuchiwania i sprawdzania gdzie jest nasze dziecko.  Mój kuzyn podesłał mi adres aplikacji Namierzanie Telefonu którą bardzo poleca. (nie)stety daje ona więcej możliwości niż przypuszczałam – śledzi nasze dziecko przez 24h i wysyła te informacje wraz z ostatnimi 100 lokalizacjami. I teraz ostatnio wyszło że jednorazowe sprawdzenie gdzie jest nasza pociecha jest ok. Czy jednak śledzenie praktycznie każdego jego kroku, każdego przebytego kilometra jest etyczne? Temat pozostawiam Wam do przemyślenia. Myślę że kiedy będę miała swoje dzieci, będę w stanie na to pytanie obiektywnie odpowiedzieć.

Podsumowując jeszcze kupowanie książek używanych jest na pewno dobrym rozwiązaniem pod warunkiem, że uda się nam znaleźć dobrego sprzedającego, którzy zaoferuje książki w dobrym stanie w atrakcyjnej cenie.

Dobre zbiory w Polsce

Zbliża się okres żniw w Polsce, czas wzmożonej pracy dla rolników, którzy w tym okresie będą czekali na jak najlepsze zbiory. Wbrew pozorom nawet te osoby, które są jakby daleko od tego rolniczego świata będą również odczuwały na swojej skórze to czy zbiory w tym roku były udane czy raczej nie przyniosą dobrego ziarna. Od tego zależy bowiem cena maki a to oczywiście w dłuższej perspektywie wpływa na cenę wielu innych produktów.

Zbliżające się zbiory na tą chwilę zapowiadają się całkiem nieźle. Przede wszystkim zima była w Polsce bardzo delikatna. Osoby, które zdecydowały się posiać zimą mogą obecnie oczekiwać dobrych plonów. Podobna sytuacja była również w zeszłym roku i rzeczywiście wszystko się sprawdziło. Bez wątpienia dla rolników jest to spore ryzyko, ponieważ mogą stracić cale posiane zboże, jeśli będą mrozy a nie będzie śniegu. Ale takie ryzyko może się opłacić, ponieważ zboże ozime najczęściej daje dużo lepsze plony niż to siane na wiosnę. W tym roku może być szczególna różnica ponieważ wielu rolników musiało czekać z sianiem wiosennego zboża i trudno powiedzieć jak ono teraz się odwdzięczy.

Na tą chwilę zbiory jeszcze się nie rozpoczęły ponieważ końcówka czerwca była raczej nieudana pod kątem pogody i niestety trochę brakowało słońca, które obecnie byłoby bardzo potrzebne, by zboże mogło ostatecznie dojrzeć do żniw. Trzeba się jednak spodziewać, że na dniach rozpocznie się już zbiór i na wszystkich polach będą się pojawiać kombajny. Jakie będą zbiory okaże się oczywiście za jakiś czas. Rolnicy liczą na udane plony i chyba wszyscy rodacy powinni o tym nieco pomyśleć, ponieważ tak naprawdę to właśnie praca tych osób ma wielkie znaczenie dla naszego codziennego życia. Dzięki nim mamy chleb, jeśli zboża będzie dużo to możemy oczekiwać, że cena tego chleba w tym roku będzie na zadowalającym nas poziomie. Jeśli chodzi o ceny w sklepach to efekty zbliżających się żniw pewnie poznamy dopiero za kilka miesięcy, gdy zboże będzie już przerobione na mąkę a z tej wypieczony zostanie pierwszy chleb.

Moda na len

Strój jest bardzo ważnym elementem dla każdego człowieka, dlatego warto zadbać o to, by wszystkie elementy garderoby mieć bardzo dobrze dobrane i pamiętać o tych kwestiach, które będą decydować o ich praktyczności czy estetyce. Szczególną wagę do swojego stroju przywiązują oczywiście kobiety i to im szczególnie będzie zależeć na tym, by zawsze bardzo dobrze wyglądać. W każdym roku co innego jest w modzie i co innego będzie się podobało. To co na siebie zakładamy jest także w dużej mierze uzależnione od panującej pory roku, dlatego ta kwestia także powinna być wzięta pod uwagę, gdy szuka się dla siebie idealnego stroju. Od jakiegoś czasu na nowo zauważyć można duże zainteresowanie ubraniami, które przygotowywane są z lnu. To taki materiał, który znany jest od setek lat i zawsze cieszył się dużą popularnością, jednak przez jakiś czas odszedł do lamusa, by obecnie wrócić do sklepów jakby z podwójną siłą. Obecnie spotkamy się z takimi ubraniami już bardzo często, wystarczy tylko zajrzeć do najbardziej popularnych sklepów z ubraniami.

Jest kilka takich podstawowych czynników, które doprowadziły do tego, że len na nowo stał się bardzo popularnym materiałem i jest tak chętnie wykorzystywany. Przede wszystkim warto pamiętać, że jest to materiał, który charakteryzuje się świetną estetyką. To jego wielka zaleta. Ale tutaj pojawia się jeszcze kwestia jego naturalności, dlatego będzie to materiał, który pasuje na wykorzystanie w okresie ciepłych letnich dni. Właśnie wtedy len jest tak chętnie wybierany. Obecnie, gdy mamy okres letnich, ciepłych dni ubrania z lnu w sklepach odzieżowych sprzedają się doskonale. W tej chwili przygotowuje się z tego materiału spodnie i koszule. Charakteryzują się one lekką, przewiewną formą. Najczęściej wykonuje się je z jasnych materiałów, dzięki czemu doskonale pasują na lato. Len ma także świetną przepuszczalność powietrza, dzięki czemu człowiek nie będzie się tak szybko pocił w takich ubraniach, a skóra będzie mogła spokojnie oddychać nie jak we współcześnie oferowanych nam sztucznych tkaninach.

To właśnie moda na naturalność doprowadziła do tego, że Len jest tak bardzo popularny i ludzie tak chętnie go wybierają. Nie można również zapominać, że len to tkanina bardzo wytrzymała, dlatego spokojnie starczy nam na kilka kolejnych sezonów. Z tego powodu ludzie kupują chętnie ubrania z lnu i nawet w przypadku ich intensywnego użytkowania mogą oczekiwać, że będą one doskonale się sprawować i nie ulegną szybkiemu zniszczeniu.

Jak wyrazić siebie poprzez sztukę?

Sztuka – większość z nas nie wyobraża sobie bez niej swojego życia. Jest ona rzecz jasna dość szerokim pojęciem i może odnosić się do najróżniejszych dziedzin, od muzyki, poprzez malarstwo aż po literaturę. Trudno jest dziwić się temu, że dla wielu ludzi stanowi ona właściwie integralną część codzienności. To właśnie ona stanowi urozmaicenie naszego życia i sprawia, że nie jest ono tak szare i nudne. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że większość osób traktuję sztukę jako coś, czym zajmują się wyłącznie inni ludzie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że piękno sztuki polega właśnie na tym, że może się nią zajmować dosłownie każdy. Nie potrzebujemy do tego żadnych wielkich talentów, bowiem nie chodzi o to, aby zostać wybitnym artystą. Sam swego czasu zacząłem zajmować się tym zupełnie amatorsko i gwarantuję – życie od razu staje się o wiele ciekawsze. Co więcej, sztuka oferuje wiele ciekawych możliwości. W moim przypadku była to muzyka***, ale każdy może wybrać coś według własnych preferencji.

Wyraź siebie przez muzykę

Większość z nas posiada swoich ulubionych muzyków – głównie wokalistów lub gitarzystów – których podziwiamy całym sercem. Z zazdrością obserwujemy ich umiejętności i myślimy sobie, jak wspaniale byłoby umieć wyczyniać ze swoim głosem czy instrumentem tak niesamowite rzeczy. Takie podejście jest jednak błędne, i przyznam, że sama miałam je przez bardzo długi czas. Kiedy jednak sięgnęłam po gitarę i zaczęłam swoją naukę bardzo szybko przekonałam się, że nie chodzi tutaj wyłącznie o osiąganie wybitnego poziomu umiejętności. Sama nauka, rozwijanie się i tworzenie własnych rzeczy daje największą przyjemność. Właśnie: tworzenie. Sama uświadomiłam sobie to, że tworzenie własnych utworów jest niesamowicie ciekawe i wcale nie mam ambicji, aby stały się one wielkimi przebojami. Mało tego, nawet nie trafiają one do szerszej publiczności. Świetnym pomysłem jest po prostu nagrywanie czegoś własnego w domu i wrzucanie tego do internetu – wbrew pozorom, nie są do tego potrzebne ani wielkie umiejętności, ani też zaawansowany sprzęt.

Inne formy sztuki

Muzyce poświęciłem tu osobny akapit, bowiem jest to „moja” forma sztuki; niemniej jednak uważam, że możliwości są tutaj o wiele szersze. Wielu ludzi ma na przykład ogromny talent pisarski, którego zwyczajnie nie wykorzystują. Tymczasem dzielenie się swoją twórczością z innymi jest obecnie tak proste, jak jeszcze nigdy wcześniej – w internecie działa przecież mnóstwo stron skupiających miłośników literatury, na których można zamieścić swoje własne utwory. Podobnie zresztą jest z malarstwem czy fotografią.

Zainteresowanie sztuką jest moim zdaniem czymś jak najbardziej pozytywnym. Warto spróbować własnych sił w takiej twórczości, niekoniecznie z ambicją zostania wybitnym artystą w swojej dziedzinie. Tworzenie własnych rzeczy dla przyjemności jest jedną z najciekawszych pasji, jakimi tylko możemy zajmować się w życiu.

***tak, wiem że zaraz zarzucicie mi że skaczę z kwiatka na kwiatek. „A co się stało z fotografią??”.. Spokojnie – ona jest cały czas. Po prostu uważam że warto mieć 2-3 różne hobby i rozwijać się w każdym z obranych w ten sposób kierunków 😉

Jakie są granice inwigilacji własnego dziecka?

Jeśli liczycie tutaj na jakieś konkretne odpowiedzi, to się bardzo zawiedziecie, bo ja ich po prostu nie mam. Ostatnio ten problem stał się w mojej rodzinie bardzo poważny i zastanawiam się, jak prawidłowo do niego podejść. Jestem za, a nawet przeciw. Pasują mi niektóre metody, ale źle się z nimi mimo wszystko czuję. Chcę być z dziećmi otwarta, chcę działać na poziomie partnerskim, ale wiem, że dzieci potrzebują rodzica, a nie psiapsiółki…

Zacznę może od tego, że cała afera wzięła się od tego, że znalazłam na telefonie mojego dwunastoletniego Marka pornografię. Nie byłoby w tym jeszcze nic takiego strasznego, bo dzieci w normalny sposób w tym wieku zaczynają się interesować tym i tamtym. Ich zainteresowanie jest też głównie teoretyczne. Przynajmniej na razie Marek jeszcze obraca się głównie w towarzystwie kolegów, nie koleżanek. Jestem spokojna i nie boje się, że zacznie się bawić w jakieś „słoneczka”.

Sęk w tym, że była to dość nieprzyjemna pornografia, która dzieciakowi może w głowie namieszać, a do tego jak już to znalazł, nie omieszkał pochwalić się znaleziskiem swojej dwa lata młodszej siostrze, Krysi. To właśnie z protestów Krysi po otrzymaniu wiadomości z załącznikiem dowiedziałam się, że coś jest nie tak. Oczywiście zupełnym przypadkiem, bo nie przyszła z tym do mnie, ale darła się po Marku, ten się śmiał, a ja się zainteresowała.

Pytanie teraz, w jaki sposób odciąć dzieciakom dostęp do takich treści? Mechanizmów kontroli rodzicielskiej jest naprawdę dużo, ale są potężnie zróżnicowane i do tego nie wszystkie są w porządku. Na przykład usługi sieci komórkowych i specjalne programy do tzw. lokalizowania telefonu (na tej stronie znajdziecie dużo programów dla Waszych pociech) uruchamiane w tle na telefonie dziecka, dzięki którym w każdej chwili można poznać jego lub jej pozycję. Przez moment miałam to zainstalowane, ale źle się z tym czułam. Za każdym razem, kiedy sprawdzałam ich pozycje i byli tam, gdzie mówili, że są, miałam straszne wyrzuty sumienia i czułam się jak najgorsza matka świata. Nie to jednak było największym problemem.

Ufam ogólnie dzieciom, że nie pójdą tam, gdzie nie powinny być, ale chciałabym ukrócić w możliwie daleko idącym stopniu (dobrze wiem, że w 100% nigdy się nie uda) dostęp do twardej pornografii. Rozwiązania ogólnie mogą tutaj być dwa. Pierwsze podejście to blokowanie treści i one stwarza mniej problemów. Po prostu instaluję programy, które filtrują strony z pornografią i już. W ten sposób nie muszę nikogo inwigilować tak naprawdę i mogę czuć się z tym dobrze. No nie do końca właśnie, bo młodzi zawsze znajdą sposób. Chociaż znam się trochę na komputerach, to nie mam wątpliwości, że Marek na pewno da sobie radę z pokonaniem, przynajmniej w jakimś stopniu, wszystkich zabezpieczeń, jakie na niego nałożę.

Druga opcja jest dużo bardziej skuteczna, ponieważ w największym uproszczeniu polega na tym, by logować wszystko, co dzieci robią na swoich telefonach i komputerach. Nie zablokuje im to dostępu do niepożądanych treści w znaczeniu dosłownym, ponieważ jeśli będą chcieć się do nich dostać, nic nie będzie stało na przeszkodzie. Pojawi się jednak nieuchronnie topór nad ich głowami, bo jak sobie siądę do logów i zacznę je przeglądać, bardzo szybko dowiem się, że zrobili coś nie tak. Tutaj też jednak jest problem, bo samo zapisywanie historii przeglądania nie wystarcza. Trzeba zapisywać po prostu wszystko, także wszystkie informacje wysyłane przez nich do innych osób. Musiałabym po prostu stać się wielkim bratem, a właściwie wielką siostrą. Znalezienie nieodpowiednich treści wymagałoby ode mnie przecież po prostu przeszukania całości aktywności dziecka na telefonie. Pomijam już fakt, jak wielka ilość danych by to była.

Nie wiem, czy są rodzice, dla których coś takiego nie łączy się z poczuciem zupełnego deptania prywatności i indywidualności dziecka. Dla mnie to na dzisiaj jest nie do pomyślenia, ale nie wiem, jak zachowam się, jeśli kiedyś znajdę jeszcze coś w tym stylu, co znalazłam poprzednio. Na dzisiaj nie chcę nikogo specjalnie osądzać, bo sama nie wiem, jak się sprawa potoczy. Na pewno nie mogę zostawić spraw ich własnemu biegowi.

Analiza bitew dnia powszedniego

O domowych kłótniach piszą zazwyczaj kobiety. Warto poczytać, co mają do powiedzenia, bo w końcu to z nimi przyjdzie nam dzielić domowe ognisko. Nic jednak nas tak nie nauczy, jak samo życie, czyli emipria. W moim przypadku dwa pierwsze lata małżeństwa z charakterem bardzo emocjonalnym, który w dodatku trochę tak jak i wasz autor miał i cały czas ma zapędy autorytarne.
Na pewno dobrym pomysłem nie jest całkowite unikanie kłótni. Są one rzeczą naturalną, kiedy w grę wchodzą emocje i różnica zdań wynikająca z innego postrzegania świata czy z inaczej ustawionych priorytetów. Kiedy jest jakiś problem, trzeba zająć się jego rozwiązywaniem natychmiast, ponieważ pozostawianie tematy nierozwiązanego powoduje, że szybko zaczyna on żyć własnym życiem, a my zamiast na faktach i realnych opiniach operujemy na domysłach dotyczących powyższych. Im dłużej problemy są przemilczane, tym gorszy wynik próby ich rozwiązania w późniejszym czasie.

Tutaj potrzebna jest mała dygresja. Mężczyźni powinni bowiem wiedzieć, że kobiety robią afery o małe, zupełnie nic nie znaczące rzeczy zwłaszcza wtedy, kiedy gryzie je coś znacznie większego i po prostu nie chcą tak z niczego wypalić, że uważają nas za nieudaczników bez perspektyw. Ok, jak czytam niektórych to wiedzą, inni (wybacz Logi – masz bardzo fajny styl ale Twoje stwierdzenia czasami wywracają mnie na miejscu) – mają absolutnie odmienne od mojego podejście. Niezależnie od tego co myślicie, nie należy wychodzić z założenia, ze ma się histeryczkę za żonę tylko dlatego, że zrobiła karczemną awanturę za rzucone gdzieś skarpetki. Pewnie chodzi jej o coś ważniejszego.

Panie z kolei powinny wreszcie sobie uświadomić, że foch nie rozwiązuje niczego. Facet naprawdę się nie domyśli, o co tak właściwie chodzi i całą akcje z oczekiwaniem na jego domyślenie się potraktuje jako złośliwość. Mężczyźni to proste istoty, które operują na prostych komunikatach. Można im po prostu powiedzieć, co się myśli bez zabawy w żadne gierki. Efekt będzie znacznie lepszy.
Sama rozmowa, czy nawet kłótnia, ma na celu zakomunikowanie realnych problemów. Nie ma się co oszukiwać, że jeśli istnieje realny problem, samo jego ogadanie okaże się panaceum na całe zło tego świata. Zazwyczaj jest to dopiero pierwszy krok do poszukiwania rozwiązania, chociaż nie raz udaje się w trakcie rozmowy rozwiać nieporozumienia, bardzo częstą przyczynę bezowocnych kłótni.

Żeby utorować sobie drogę do rozwiązań, kłócić się należy rzeczowo. W praktyce oznacza to przede wszystkim unikanie języka agresji. Sarkazm i ironią brzmią fajnie, kiedy ogląda się je na ekranie telewizora w wykonaniu dr House’a. W każdym innym wydaniu jest to obraźliwe dla naszego rozmówcy, powoduje w nim chęć do podnoszenia poziomu agresji i odgryzienia się  czymś równie nieprzyjemnym. Często można skupić się na samej ironii i zapomnieć, o co w całej kłótni chodziło.

Podobny problem to przekleństwa i obelgi. Ich użycie nie prowadzi do niczego konstruktywnego, a pamięć o nich ciąży. Kobiety powinny wiedzieć, że na mężczyznach nawet bardziej, niż na nich samych. Można sobie w ten sposób zatruć życie na długi czas, nawet jeśli sam problem podstawowy zostanie rozwiązany.

W kłótni należy patrzeć na swojego partnera i jego reakcje, ale jeśli nie będzie się brało pod uwagę swoich własnych uczuć, będzie to w nas buzowało i po jakiś czasie wybuchnie. Leży ci coś na wątrobie? Powiedz jej/jemu o tym. Byle spokojnie. Może z tego wyniknąć kłótnia na całego, ale wtedy wciskanie pauzę, uspokajacie się i dopiero wracacie do tematu.

Osobiście największy problem w kłótni mam ze słowem „przepraszam”. W męskim gronie żartujemy sobie często, że jest to ostateczny sposób na zakończenie kłótni niezależnie od tego, kto miał rację. W praktyce jednak jest to słowo, które pozwala w bardzo szybki sposób rozładować złe emocje nagromadzone w czasie kłótni. Jest to wyjątkowo skuteczne nawet wtedy, kiedy samemu nie ma się pełnego przekonania, że to słowo powinno paść z naszych ust. Nawet jeśli sytuacja nie jest jeszcze rozładowana, przeproszenie się za zbyt daleko idące oskarżenia lub za zbyt ciężkie słowa bardzo skutecznie otwiera pole do prowadzenia dalszej dyskusji.

Ciche dni, czyli droga donikąd

Moje małżeństwo skończyło się już dobre dwa lata temu i do teraz jeszcze nie za bardzo się z tego otrząsnęłam. Dobrze wiem, że wina była po obu stronach mniej więcej po równo i chociaż ja go kochałam i jestem pewna, że on kochał mnie, po prostu nie byliśmy w stanie na tyle pogodzić naszych charakterów, zrobić oboje odpowiednio dużych kroków wstecz, by mogło to zadziałać. Teraz od czasu do czasu wracam do rzeczy, które były dobre w naszym krótkim małżeństwie, ale czasami wracam też do tych, które były złe, szkodliwe i w efekcie destruktywne. Czy dzisiaj zrobiłabym niektóre rzeczy inaczej? Myślę, że tak, ale wiem też, że myślenie nie było często elementem podejmowania decyzji. Jednym z najgłupszych sposobów na kłócenie się, jakie w czasie małżeństwa wypracowaliśmy, były chyba ciche dni.

Jak wyglądają ciche dni, każdy chyba dobrze wie. W tym czasie po prostu ze sobą nie rozmawiamy, ignorujemy się i już. Czy karaliśmy się w ten sposób? Trudno powiedzieć, co właściwie chcieliśmy osiągnąć. Piszę my, ponieważ do tanga trzeba dwojga. Ja inicjowałam to fochem, ale on też nie miał nic przeciwko podtrzymywaniu stanu ciszy. Czasami nawet przez kilka dni.

Najgorsze w tym czasie było to, że obojgu się nam w głowach kotłowało.

Przypisywaliśmy sobie nawzajem najgorsze intencje, kłóciliśmy się w myślach sami z sobą, wysuwaliśmy oskarżenia… Po prostu masakra. Najgorsze było w tym wszystkim to, że zniszczenia były takie, jakbyśmy się faktycznie kłócili, a że tak naprawdę walczyliśmy sami ze sobą, oboje wiedzieliśmy, gdzie uderzyć, by odczuć to jak najbardziej boleśnie. Za zadawany sobie cios winą obarczaliśmy oczywiście drugą stronę.

Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to być najgłupsza rzecz na świecie, ale wtedy oczywiście tak nie czułam. Człowiek jest w żywiole i płynie po prostu z nurtem negatywnych emocji. Największym moim problemem do dzisiaj jest chyba to, że dalej nie wiem, jak przerwać ciche dni. Trwały one zawsze tak długo, aż nie zdarzyło się coś, co zmuszało nas do ich przerwania i zawsze był to jakiś czynnik zewnętrzny. Co będzie, jeśli teraz się z kimś zwiążę i znowu będziemy zatruwać sobie nawzajem życie cichymi dniami? Najlepszą receptą na nie jest chyba po prostu w ogóle ich nie zaczynać, ale przecież już wtedy moim celem nie było nieodzywanie się do niego przez kilka dni i jestem pewna, że on też wcale tego do końca nie chciał. Tak to już jakoś wychodziło. Dawno nie czułam się już tak podle jak teraz.

[wspomnień czar] Landrynkowe Walentynki!

W zeszłym tygodniu pisałam Wam o „wspomnieniach tłustego czwartku”. Dziś kontynuuję temat 🙂 Wspomnienia walentynek – idealny temat na środek wakacji! Idealny też na 0.5 rocznicę walentynek – dokładnie pół roku temu, dokładnie za pół roku… 14 lutego…

Czy tylko mnie absolutnie odrzuca na myśl, że znowu będzie luty i znowu będziemy musieli sobie sztucznie słodzić na każdym kroku? Ok, zostało pół roku. Tylko co z tego?! Przecież czas leci jak szalony! A ja po prostu nienawidzę walentynek. Czuję, że jest to tak sztuczne, jak to tylko jest możliwe i uniwersalne przesadzanie z tym tematem potrafi skutkować wręcz wstrętem do miłości jako takiej. Wszelkiej maści sprzedawcy bardziej wariują chyba tylko przed Bożym Narodzeniem, kiedy już w październiku sklepy są zawalone tymi wszystkimi Mikołajami, reniferami, choinkami oraz całym innym badziewiem z tym związanym. Już więcej umiaru mają przy okazji Wielkanocy. Jeśli będę chciał narzeczonej zrobić Walentynki jutro, to jej zrobię. Czasami mnie nachodzi i ma Walentynki w drugą środę mają czy trzeci poniedziałek listopada. Ale żeby mnie ktoś przymuszał do jakichś romantycznych uniesień akurat tego dnia?  Po moim trupie!

W ogóle żal mi jest kobiet, które traktują Walentynki jako okazję do dowartościowania się, bo im faceci za mało uwagi na co dzień poświęcają. Szczególnie żałosne jest to ostatnio, kiedy do kin wszedł film porno dla ubogich o 50 twarzach Greya, czy jak mu tam. Założę się, że większość panienek po obejrzeniu tego filmu będzie się czuła w swoim związku jeszcze gorzej, a facetowi tylko narąbią w głowie jakiejś sieczki i jeszcze pójdzie do sexshopu po pejcz. Śmiech przez łzy.

Kino w tym czasie to w ogóle paranoja. Pomijam już babskie filmy porno, bo to patologia, ale te wszystkie komedie romantyczne też są trudne do wytrzymania. Naprawdę. Jako facet, ogólnie ich nie lubię i jedynie czasami najdzie mnie na tego rodzaju film ochota. Szansa na to, żeby akurat ten kaprys mi się nałożył z konkretnym dniem w lutym, jest raczej malutka.

Gdyby to tylko ograniczało się do kina, pewnie bym przeżył. Niestety, nawet komórki nie można otworzyć, bo operator po raz kolejny przygotował specjalną, wręcz cudowną propozycję na kosmetyki. Zapłacę za nie pół ceny, jeśli tylko pójdę do sklepu, pomacham telefonem i wywrzeszczę „Walentynki!”. Już to widzę…

Zresztą najbardziej w tym wszystkim odrzuca mnie cała infantylność otoczenia Walentynek. Dorosły facet nie boi się misia z serduszkiem i czasami zwyczajnie lubi dać kwiaty. Gdyby tak to wyglądało, nie miałbym pretensji. W praktyce mamy jednak miliony takich samym misiów, wiązanki kwiatów przygotowane z rozdawnika do przekazywania „swojej jedynej” i tak dalej. Zresztą kobiety to przecież też nie są bezmózgie yeti, które na widok bombonierki w kształcie serca po prostu tracą głowę. Nie róbmy z siebie nawzajem idiotów.

Nie jesteśmy też istotami bez gustu. Mężczyźni rozróżniają trochę więcej kolorów, niż fajny… Rozróżniają też ich połączenia, szczególnie jeśli wszędzie dookoła mamy różowe misie z czerwonymi serduszkami, a do tego jeszcze jakieś bordowe kokardki i pastelowe kapelusiki. Naprawdę robi się niedobrze, a jak jeszcze dodamy do tego skalę napaści na nasz zmysł estetyczny, człowiekowi chce się krzyczeć. Nie chodzi nawet przecież tylko o nasze oczy. W samochodzie słucham radia i co? Walentynkowy repertuar. Włączę telewizor i co? Walentynkowe reklamy. Internet tak samo zawalony tym syfem. Już nawet nie chce mi się  wspominać przy okazji Internetu o wszystkich łańcuszkach typu „wyślij do 10 osób to znajdziesz miłość”, które przeżywają renesans w czasie tego pseudo święta. Przynajmniej dzięki nim zmniejsza mi się ilość głupich znajomych na Facebooku.

Już na koniec powiem tyle, że strasznie nie lubię być sterowany z góry przez mechanizmy mówiące mi, kiedy mam być zakochany, jak mam to robić i w jaki sposób wyrażać. Teraz ja będę infantylny: w moim związku czuję się tak, jakbym codziennie miał Walentynki, bo kiedy wychodzę z pracy i idę w kierunku domu, gdzie czeka na mnie Madzia z obiadem, momentalnie mija mi zmęczenie i zastanawiam się  tylko, co będę mógł dla niej zrobić, by poczuła się szczęśliwa. I wierzcie mi, w żadnym razie nie przyjdzie mi do głowy uszczęśliwianie jej według schematu oferowanego mi przez media na Walentynki.

ps. na blogu pojawił się nowy dział „uczucia” – jako że całkiem sporo o nich ostatnio piszę, myślę że się sprawdzi 🙂

[mocno spóźniony] Tłusty Czwartek!

Był… minął… był wspaniały i czasami lubię do niego wracać wspomnieniami. Kto? co? Mowa o… moim ulubionym tłustym czwartku? Jak Wy? Lubicie go? Pewnie nie, bo większość z was nie jest na tak ścisłej diecie, jak ja, ale każdy na pewno lubi od czasu do czasu trochę połasuchować i mieć na to fajna wymówkę.

A ta jest wyjątkowo ciekawa, ponieważ… No właśnie. Ostatnio z psiapsiółkami ( Gosia, Paulina – dziewczyny, przypominam że pomysł na tłusty czwartek już zarezerwowałam!) usiadłyśmy sobie w naszej ulubionej kawiarni, gdzie zazwyczaj tylko łypiemy wyposzczonymi oczami na słodkości zadowalając się kawą, i poszperałyśmy trochę za faktami i ciekawostkami o pączkach i o tłustym czwartku.

Najgłupsze z naszych znalezisk mówiło o Stanisławie Auguście Poniatowskim, który organizował słynne obiady czwartkowe. Po jednym z nich miał spotkanie jeszcze z jakimś adwokatem. Odbywało się przy pączku i poprosił, by nie przeszkadzano mu „na pączku z adwokatek”. Następnego dnia w warszawskich cukierniach pojawiły się pączki z adwokatem. Swoją drogą, pączki mają za dodatek adwokat, nie adwokata.

Ważniejszy problem związany był z ilością kalorii. Jedna z psiapsiół wymyśliła, że spalenie jednego pączka to 5 godzin czytania książki, jeśli waży się 70 kilogramów. Albo można przebiec 4 kilometry. Oczywiście nie można sobie wliczać tego siedzenia do dziennego bilansu, bo ono już tam wliczone jest.

To powyższe, to efekt przyjaciółki-matematyka. Przyjaciółka-historyk miała dla nas coś ciekawszego. Okazuje się, że kiedyś pączki nadziewano nie tylko marmoladą, ale na przykład boczusiem albo słonikną. Poważnie! Dlaczego z tego pomysłu zrezygnowano? Nie mam pojęcia, ale wiem, że jeśli kiedyś będę sama pączki robiła, na pewno nie będą z różą. A już tak na marginesie… Te pączki zapijano wódką!

Ciekawe było też to, jak się smaży tradycyjne pączki. Nie był to olej, jak dzisiaj, ale po prostu smalec. Najzwyklejszy w świecie smalec. Pomysł dość ciekawy, chociaż akurat w tej kwestii chyba spasuję, bo serce mogłoby nie wytrzymać.
Bardziej modne mogą się  dzisiaj stać całkowite przeciwieństwa klasycznych pączków. Nasze wycieczki blogowe pozwoliły nam znaleźć cos bardzo ciekawego, mianowicie pączki wege (wegetariańskie). Robi się je z ziemniaków. Poważnie. Jak? Nie wiem. Jak to wygląda? Chyba nie chcę wiedzieć, ale tak faktycznie jest.
Na koniec może odrobina statystyki, bo każda z nas zjadła po 4 paczki. Okazuje się, że to ponad 1,5 pączka więcej, niż zjada statystyczny Polak. Coś czuję, że jest to statystyka obejmująca w dużej mierze osoby po prostu w ogóle nie jedzące pączków w tym dniu. Frajerzy.